9/11 i brak wiary

11 września 2001 roku w sklepach pojawił się album Dream Theater Live Scenes From New York. Jego okładka przedstawiała charakterystyczną nowojorską panoramę ze Statuą Wolności i Twin Towers – w ogniu. Przypadek? Oczywiście, że tak – a jednocześnie: oczywiście, że nie.

Trzypłytowy album (szybko wycofany ze sprzedaży i rozdystrybuowany raz jeszcze ze zmienioną okładką) był zapisem koncertu, podczas którego Dream Theater wykonał m.in. w całości wydaną dwa lata wcześniej konceptualną płytę Metropolis Pt. 2: Scenes From A Memory (hence tytuł). Płyta ta przedstawiała postmodernistyczną narrację z epoki modernizmu. Jej główny bohater poszukuje odpowiedzi na dręczące go koszmary (jak każde z nas…), poddając się bardzo bolesnej psychoterapii, w trakcie której okazuje się, że w latach 20. minionego wieku był (w swym poprzednim wcieleniu) kobietą o imieniu Victoria, targaną równoczesnym afektem do dwóch braci.

11 września 2001 roku, jak głosiła fałszywa przepowiednia Nostradamusa, dwaj bracia w mieście Boga upadli. Dwie wieże stanęły w płomieniach. Nie było przypadkiem, że stały się celem ataku terrorystów, tak jak nie było przypadkiem, że znalazły się w płomieniach na okładce albumu Dream Theater: Twin Towers jako trademark Zachodu, Big Apple jako serce cywilizacji euroatlantyckiej. (I znów przypadkiem nie jest, że na okładce płyty Dream Theater znalazło się jabłko, które nawiązywało do wcześniej wykorzystywanego przez zespół motywu – serca spowitego cierniem.)

Paralelność tych wydarzeń, w postmodernistycznej optyce zestawialnych i porównywalnych, dowodzi ograniczoności ludzkiej wyobraźni zbiorowej, przepełnionej oczywistością i banałem. Rola banału jest jednak doniosła. Banał stabilizuje sens, potwierdza prawomocność potocznej intuicji, czyni świat zrozumiałym i na moment przewidywalnym. Dlatego nie oburzam się na patetyczne przemowy polityków w miejscach tragedii, bo wiem, że przemowy te są re-kreacją (re-enactment) hollywoodzkiego archetypu patetycznych mów i gestów, a to oznacza, iż odczytywać je należy jako chęć wzniesienia życia zbiorowego na najwyższy poziom profesjonalnej perfekcji.

W ten sposób dokonuje się marketing demokracji jako obietnicy utopii. Ustrój, który nie jest w stanie obiecać więcej, niż dziś zapewnia, skazany jest na porażkę. Niektórzy komentatorzy Platońskiego Państwa (z Popperem na czele) krytykują projekt Kallipolis nie za ogólną nierealność, ale za szkodliwe wyobrażenie możliwości istnienia ustroju, który byłby niepodatny na zmianę. Rzeczywiście: potencjał zmiany musi zostać w obietnicę polityki wpisany.

W jednym z najbardziej błyskotliwych skeczy Monty Pythona bloki mieszkalne budowane są za pomocą hipnozy: z chwilą, gdy mieszkańcy przestają w nie wierzyć – upadają. 11 września 2001 roku był momentem szoku, ale także próby odbudowy wiary w demokrację. Wiary, bez której także ona, jak każdy społeczny konstrukt, upadnie.

Dodaj komentarz