Ai Weiwei w Royal Academy of Arts

Chiński artysta nie budzi we mnie zaufania. Jego prace wydają się mi nazbyt wykalkulowane, ich intencja jest zanadto widoczna, a kontrowersja wyprzedza artystyczne działanie.

Jednym z generalnych pytań stawianych przez sztukę współczesną jest kwestia granic samej sztuki i określenia tego, co uznajemy za jej dzieło. Jest to pytanie tyleż zasadnicze, co banalne, a kolejne powtórzenia prowokacji Duchampa – do inspiracji którym przyznaje się Ai Weiwei – nie robią wielkiego wrażenia.

Prace Chińczyka ponawiają jednak to pytanie, między innymi poprzez zwrócenie uwagi na proces wytwarzania większości instalacji. Rola artysty ogranicza się bardzo często do nakreślenia koncepcji, natomiast wykonawstwo pozostawione jest robotnikom, którzy na przykład w znoju prostują pręty zbrojeniowe wydobyte z ruin szkół zawalonych w trzęsieniu ziemi.

Niewątpliwie ten quasi-przemysłowy proces produkcyjny sam w sobie jest częścią komunikatu artystycznego. Sprawia jednak zarazem, że utracona zostaje intymna relacja pomiędzy autorem a jego dziełem. Prywatne poświęcone zostaje dla tego, co publiczne i społeczne.

Ai Weiwei jest bowiem ponad wszystko twórcą zaangażowanym, dokonującym translacji własnych doświadczeń – na przykład kilkumiesięcznego uwięzienia – na zrozumiały język manifestu politycznego.

aiweiwei-sacred

Wszystko to wydaje się jednak zbyt łatwe, zbyt przystępne dla oka zachodniego odbiorcy. Chiny Ai Weiweia skonstruowane są, niczym wszystkie produkty „made in China”, z myślą o euroamerykańskim konsumencie, oczekującym tego rodzaju czytelnej, antytotalitarnej narracji.

Wrażenia tego nie niweluje fakt, że niektóre dzieła artysty powstają z wykorzystaniem tradycyjnych chińskich technik rzemieślniczych. Wręcz przeciwnie: podkreślanie natywności procesu wytwarzania jest przecież częstym chwytem marketingowym producentów, którzy budują zaufanie do swoich produktów za pomocą sloganów mówiących o „tradycyjnej recepturze”.

aiweiwei-urn

Na londyńskiej wystawie są wreszcie prace czysto prowokacyjne, jak słynny i klasyczny już tryptyk fotograficzny z 1995 roku, przedstawiający artystę upuszczającego na ziemię zabytkową (?) urnę. Znak zapytania stawia sam Ai Weiwei, sugerując, iż urna jest być może tylko współczesną repliką, a jej roztrzaskanie sprowokować ma odbiorcę do zastanowienia się, co jest źródłem wartości materialnej. To znów wydaje mi się nadmiernie wystudiowane, niczym szkolna wprawka na zadany temat. Osobiście wolę sztukę, która odkrywa własny sens ex post.

Ai Weiwei, Royal Academy of Arts w Londynie
Wystawa otwarta do 13 grudnia 2015 r.

Dodaj komentarz