Anioł śmierci literatury (2)

– W jaki sposób twoje pisanie o piciu wpływa na twoje picie? – zastanawiała się podczas jednej z pierwszych sesji Kasia terapeucica.
– W żaden sposób, bo jak piję, to nie piszę, a jak piszę, to nie piję. To są dwie różne rzeczy.

Jeśli kocham, to mogę tylko kochać. Literatura i słowo mogą jedynie sygnalizować miłość, ale miłość nie jest literaturą i słowem. Pojawia się ona jako konsekwencja dotarcia do granic wysłowienia.

– Nigdy ciebie nie zdradzę. Nigdy ciebie nie okłamię. Dawniej bym powiedział, że z mojego punktu widzenia są to całkowicie samobójcze zdania, ale zapomniałem tamtego języka. Straciłem mój język, a może uwolniłem się z uwięzi mojego języka, może mój język zstąpił z koturnowych wysokości.

Jesteś już poza językiem, choć wydaje ci się, że jeszcze nim mówisz. On jednak z każdą chwilą coraz bardziej odkleja się od toczącej się nieprzerwanie opowieści. Brzmi niczym echo, residuum inteligibilności. Jesteś w rzeczywistości pozatekstualnej, a zatem takiej, której nie opisują już i którą nie sterują schematy narracji.

Pojawia się miłość, a nad nią nie da się zapanować. Wiele mówi tautologiczne stwierdzenie, iż to, nad czym można zapanować, jest tym, nad czym można zapanować słowem. Zawsze i tylko panuje się słowem – naga przemoc nie jest narzędziem panowania, ale jego klęską.

Kiedy Wittgenstein pisze: „O czym nie można mówić, o tym trzeba milczeć”, wyraża strach. Stara się zakląć słowem (zapanować w sensie ścisłym) nieuniknioność opisywanego procesu końca literatury. Nie mamy wyboru, panie Wittgenstein – o czym nie da się mówić, o tym się milczy. Kropka.

Spłonęły wszystkie moje wykwintne zeszyty w linie bez marginesu, spaliło się archiwum pomysłów, które miałem w głowie, skończyła się literatura. Skończyłem pisać traktat o nałogu, czy raczej straciłem zapał do pisania o nałogu, mogłem myśleć tylko o tobie. Moją głowę i moje serce wypełniało intensywne uczucie, o którym nie wiedziałem, że może się zdarzyć. Jeśli miłość jest wszystkim, co istnieje, jak nazwać nasze nadistnienie?

Dlaczego jednak to miłość musi się pojawić? Dlaczego właśnie ona? Odpowiedź jest prosta: bo tylko ona daje ratunek. Wraz z wyzbyciem się zdolności mówienia, wyzbywamy się skonstruowanej w języku tożsamości, wpadając w nicość. „Ja” poza językiem i poza literaturą nie istnieje.

Pierwsza osoba liczby pojedynczej jest elementem fikcji literackiej. Boże mój, cóż to za szczęście i jakiż to instynkt: teraz właśnie ogłosić koniec literatury i móc z czystym sumieniem powiedzieć po prostu – ja.

Kiedy znika „ja”, a wciąż trwa metabolizm, pojawić musi się coś, co będzie zdolne uzasadnić istnienie protoplazmy przejściowo pozbawionej imienia. Tylko pozornie poniższe zdanie jest obarczone błędem przesunięcia kategorialnego:

(…) ja już nie chciałem być tylko pisarzem, ja teraz chciałem być tylko z tobą.

Bycie kimś zastąpione jest pragnieniem bycia z kimś. To niezwykle ważny moment, nie popełnijmy błędu! Ktoś mógłby powiedzieć, że tylko druga osoba może przywrócić nam podmiotowość, posiadającą znów formę pierwszoosobową, tym razem – liczby mnogiej.

– Kto w takim razie teraz mówi: ty czy ja?
– My, my mówimy. Nigdy bym nie pomyślała, że liczba mnoga może podniecać.

„My” to jednak restytucja podmiotu w języku, a stwierdziliśmy wcześniej, że miłość jest poza tekstem. Istotą miłości jest pragnienie, to zaś jest niejęzykowe. Miłość jest głodem, a nie nasyceniem. Miłość jest pustką, a nie jej wypełnieniem. Miłość jest tęsknotą, a nie zaspokojeniem. Realizacja pragnienia jest końcem miłości. I znów, nie pomylmy się: można być z kimś i kochać, bo można tęsknić za kimś, kto leży tuż obok.

Ciąg dalszy nastąpi.

Zobacz też: Anioł śmierci literatury (1)