Arizona dream (z domieszką nightmare)

Arizona

Wystarczy kilka minut, by z dzielnicy luksusowych hoteli w Las Vegas przenieść się na typowe amerykańskie przedmieście. Kilkanaście minut potrzeba, by wyjechać z miasta i znaleźć się znów pośród dziewiczych gór. To u ich podnóży wije się rzeka Colorado, nieopodal Boulder City spiętrzona Tamą Hoovera.

Zanim dotarliśmy do tamy, przyjrzeliśmy się jej z lotu ptaka. No, prawie z lotu ptaka, bo z zawieszonego pomiędzy Nevadą a Arizoną mostu, którym biegnie międzystanowa autostrada.

Hoover Dam
Most ochrzczony nazwiskami Mike’a O’Callaghana (zmarłego w 2004 roku gubernatora Nevady, weterana II wojny światowej) oraz Pata Tillmana (futbolisty i bohatera wojny w Afganistanie, gdzie został zabity w 2004 roku) jest kwintesencją amerykańskiego podejścia do życia. Wybudowany za 240 milionów dolarów (i, jak słomiany miś Barei, w oparciu o kilka instytucji) jest nie tylko arcydziełem inżynierii, ale także arcydziełem inżynierii, które od początku otoczone zostało świeckim kultem, tak charakterystycznym dla tego narodu.

O'Callaghan-Tillman Memorial Bridge

Tablice informacyjne ukazują cały proces powstania „inwestycji” (jak mawiają niedokształceni urzędnicy), od wyboru najlepszego miejsca dla przerzucenia mostu, po oddanie go do użytku w 2010 roku. Amerykanie dobrze wiedzą, co robią – za kilkadziesiąt lat most będzie atrakcją turystyczną prawie na równi z tamą Hoovera.

Po przejechaniu kilku mil dociera się już do tamy, której szczytem, do czasu wybudowania mostu O’Callaghana-Tillmana, samochody mogły pokonywać rzekę Colorado.

Przy tamie zbudowano solidne zaplecze turystyczne, jest tłoczno i gwarnie, dlatego nie zabawiliśmy tam długo, tym bardziej, że przed nami były jeszcze przynajmniej 4 godziny jazdy. Wróciliśmy na autostradę i puściliśmy się w kierunku południowo-wschodnim.

Uranus Gas

Zatrzymaliśmy się zatankować paliwo (skandalicznie drogie – 4,69$ za galon) w miejscu, w którym czuć, że jest się na prawdziwym amerykańskim Zachodzie. Oprócz wlania paliwa, można w tym miejscu także postrzelać z karabinu maszynowego i zjeść burgera (sugerowałbym jednak odwrotną kolejność).

Bullets & Burgers

W miasteczku Kingman, w barze leżącym przy legendarnej Route 66, zjedliśmy smaczny obiad.

Route 66

Miłą atmosferę popsuł SMS z banku: ktoś próbował dokonać zakupu przez Internet używając mojej karty płatniczej! Oczywiście natychmiast wysłałem wniosek o jej zablokowanie. Oznaczało to jednak, że dezaktywuję kartę, której używałem do rezerwowania wszystkich hoteli. Rzecz jasna z infolinią banku nie mogłem się połączyć, bo pracuje w godz. 9-21 polskiego czasu. Instytucja, który tak chętnie udostępnia konta walutowe, mógłaby jednak wziąć pod uwagę, że pomocy mogą potrzebować także klienci przebywający w innych strefach czasowych.

Jak doszło do tej sytuacji – trudno powiedzieć, najprawdopodobniej przy jednej z płatności w Las Vegas ktoś spisał numer zabezpieczający z karty. Mimo faktu, że starałem się nigdy nie spuszczać karty z oczu. (Nasze podejrzenia kierują się w stronę jugosłowiańskiego kelnera z Planet Hollywood, być może jednak przemawia przez nas zwierzęca słowianofobia.)

Musiałem zaczekać do godz. 1.00 w nocy lokalnego czasu (a zmieniliśmy po drodze strefę czasową, z Pacific Time na Mountain Time), aby dodzwonić się do banku. Oczywiście nie mogliśmy zawiesić naszej podróży, bo przy Wielkim Kanionie czekał na nas opłacony pokój. Jechaliśmy więc dalej przez Arizonę na wschód, tankując paliwo (3,69$ za galon) w miejscowości Williams, z której odbiliśmy na północ.

Do Grand Canyon Village zajechaliśmy po 20.00. Temperatura na zewnątrz niska: w nocy spadła poniżej zera. Na nas czekał jednak dobrze ogrzany pokój.

Pojawił się natomiast inny problem: mimo, że Grand Canyon Village jest osadą nastawioną na turystów, nie ma tam zasięgu sieci komórkowej. Trzeba było poczekać do rana, wsiąść w samochód i dojechać tam, gdzie sięga T-Mobile lub AT&T. Tak też uczyniliśmy – po kilkunastu milach telefon zaczął działać.

Rozmowa z konsultantką potwierdziła nasze obawy. Karta musi pozostać zablokowana, nie ma możliwości zablokowania tylko transakcji internetowych i pozostawienia otwartych płatności w terminalach. Na szczęście jesteśmy przygotowani na tego typu sytuacje, nie zostaliśmy więc bez pieniędzy. Musimy jednak wzmóc naszą uwagę przy każdej kolejnej transakcji.

Kiedy piszę te słowa, wracamy do Grand Canyon Village i ruszamy na szlak. Bo choć ktoś mógłby powiedzieć, że prześladuje nas pech, nie zamierzamy się poddawać i będziemy zwiedzać dalej.

Dodaj komentarz