Dobra robota interpretacji

Interpretacja jest potrzebą pilniejszą od inżynierii budowlanej bądź sprawnej służby zdrowia. Potrzeba poczucia sensu jest ważniejsza od chleba powszedniego, ciepłej wody w kranie, komunikacji miejskiej, dobrej edukacji, uczciwych polityków, sprawiedliwych podatków. Powszechny pogląd uznający dyscypliny zajmujące się mnożeniem interpretacji za zbytkowne, nieprzydatne nikomu pięknoduchostwo, jest jednak, niestety, oparty na licznych przypadkach niezrozumienia przez przedstawicieli owych dyscyplin swej fundamentalnej powinności.

Ich zła robota polega na mnożeniu interpretacji ponad miarę. Przyjmuje się, że skoro nie jesteśmy już ograniczeni instancją transcendentną, możemy przedstawiać każdego dnia odmienny schemat opisu rzeczywistości. A przecież nie o to chodzi.

Każda przedstawiana interpretacja powinna być oceniana ze względu na wewnętrzne dobro celów, które wspiera, oraz konsekwencje, które niesie. Czy dzięki niej świat stanie się lepszy, bo spadnie użycie przemocy? Czy przyniesie ukojenie, które nie będzie równocześnie usypiało etycznej wrażliwości? Czy wyostrzy nasze postrzeganie bólu – nie abstrakcyjnego bólu ras i narodów, lecz tego bliskiego, doświadczanego przez osobę, której odmawiamy miłości?

Jeśli nowa interpretacja powstaje tylko po to, by jej twórca mógł odczuć satysfakcję, że mówi coś innego, należy zachować krytycyzm. Jest wielka różnica między stwierdzeniem, że nie ma jednej prawdy, a wszystko jest tylko fikcją, oraz konstatacją, iż prawda jest społecznie i jednostkowo nieważna i każdy powinien zakwestionować ważność tego, co czuje. Druga postawa jest łatwym, nieprzepracowanym relatywizmem. Szkodliwym, bo niepomnym zadawanego innym cierpienia. Relatywizm dojrzały wie, iż jego rola polega na uwzględnianiu innego oraz (czego się nie dopowiada) wrażliwości wobec drugiego.

Naukowe zajmowanie się interpretacją może prowadzić do zobojętnienia na cudze uczucia. A przecież my nie żonglujemy perspektywami i pojęciami dla ekwilibrystycznej samorozkoszy, tylko dla pogłębienia wrażliwości – także, a może przede wszystkim, własnej wrażliwości. Konkretnej, codziennej, nie „postkolonialnej” czy „posthumanistycznej”, kierowanej wobec konstruktów bez desygnatu. Nie wobec uogólnionego Innego, lecz względem poszczególnego drugiego. Nie abstrakcyjnego bliźniego, ale tego znanego nam z imienia i nazwiska.

Opisywana etyka interpretacji nie oznacza odwrócenia się od uniwersalizacyjnego dążenia moralności (post)oświeceniowej. Nie zapominamy o postulacie, by tworzyć świat, w którym cierpienie każdego człowieka będzie dla nas tak samo nieznośne, bez względu na jego oddalenie geograficzne czy kulturowe. Musimy jednak dbać, by nie zatracić pamięci o obowiązku wrażliwości w każdym spotkaniu. By dostrzegać kontynuację i konieczność kompatybilności pomiędzy epistemologią i etyką. By widzieć interpretację jako instrument codziennej miłości.