Endless River i zasada możliwej perfekcji

Pink Floyd - Endless River (2014)

Najnowszy album Pink Floyd nie spotkał się z ciepłym przyjęciem dziennikarzy muzycznych. Fuck ’em. Zgodnie ze sformułowaną przeze mnie Zasadą Możliwej Perfekcji, Endless River uznać należy za jedno z najważniejszych  wydarzeń ostatnich lat. I byłoby tak nawet wtedy, gdyby trwającą pięćdziesiąt kilka minut płytę wypełniał dźwięk przeciągłego pierdnięcia Dave’a Gilmoura, zarejestrowanego na barce Astoria w 1993 roku. A przecież Endless River jest niewątpliwie czymś więcej.

Za Deluxe Edition zapłaciłem w iTunes 14,99 euro, co w obliczu doskonałości jest sumą śmieszną. Dlatego też następujących dalej peanów nie należy w żaden sposób uznawać za próbę pozakupowej racjonalizacji poczynionego wydatku. Radości, której dostarcza słuchanie płyty, nie da się przeliczyć na pieniądze.

Endless River to muzyka pod napisy końcowe długiego filmu, który rozpoczął się prawie pół wieku temu. Wszystko na tej płycie dotyczy podsumowania i zamknięcia. I jest to zgodne z porządkiem narracji: zbliżając się do końca, przypominamy to, co było na początku, przyglądamy się temu, co wydarzyło się w trakcie, spoglądamy wstecz, by upewnić się, że poczynionych wyborów dokonaliśmy z najlepszą wolą, że żyjemy w związku z tym w najlepszym z możliwych światów.

Świat, w którym istnieje muzyka Pink Floyd, jest bez wątpienia światem zgodnym z zasadą możliwej perfekcji. Zasada ta nie doczekała się dotąd definicji w literaturze przedmiotu. Roboczo ujmijmy więc ją następująco: „punktem odniesienia w ocenie doskonałości dowolnego dzieła mogą być jedynie inne, realnie istniejące dzieła, a nie metafizyczny wzorzec perfekcji”. Definicja ta, kartezjańskoleibnizowska w swoim duchu, powinna stanowić kategoryczny imperatyw każdego, kto ośmiela się skrytykować dzieło kogokolwiek, kto dowiódł swojego geniuszu.

Dodaj komentarz