Erotyczny dygot sztuki

Susan Sontag

Susan Sontag swój manifest „Przeciw interpretacji” kończy aforystyczną sentencją: „Nie potrzebujemy hermeneutyki, ale erotyki sztuki”. Było to wołanie o niezapośredniczone doświadczenie zmysłowe, niewikłanie tego, co estetyczne, w schematy intelektualne. Interpretacja jako przekład sprowadza pluralizm aktów odbioru sztuki do wspólnego mianownika. Zyskujemy poczucie, że dzięki niej lepiej rozumiemy dzieło. Tracimy zarazem wielokształtność i wielobarwność właściwe pierwotnemu (nie)rozpoznaniu strumienia bodźców zmysłowych. W tym sensie ponosimy koszty fiaska interpretacji, stanowiącej „zemstę intelektu na sztuce”. (Każda zemsta jest zresztą fiaskiem).

Od pierwszej połowy lat 60., kiedy Sontag formułowała swoje stanowisko, zmienił się sposób pojmowania interpretacji. Pojawiły się nowe szkoły, tryby i metody, które dopełniły dzieła zdjęcia ze sztuki ciężaru powagi. „Dziś, trzydzieści lat później, demontowanie standardów powagi dobiegło już niemal końca”, pisała Sontag w 1996 roku. Nie sposób wartościować tego procesu jako pozytywnego bądź negatywnego, bo nie da się tak oceniać historii, która już się wydarzyła. Stało się.

Można zastanawiać się, czy dziś potrzebny jest gest podobny do wykonanego przez Sontag pięć dekad temu. Interpretacja nie zniknęła, stała się natomiast – jak się może wydawać – procesem bardziej siebie świadomym. Bardziej niż wyjaśnieniu sensu i znaczenia dzieła sztuki, jest ona dziś poszukiwaniem samowiedzy. Rozwój metod interpretacji sztuki doprowadził do naruszenia stabilności każdego z członów owego procesu: metody, interpretacji i sztuki. Kategorie te na powrót stały się umkliwe, rozpoczęły taniec przed naszymi oczami, poruszając się tak prędko, iż widzimy tylko drgające, rozmazane plamy.

Tego dygotu nie można już powstrzymać.