FU, C.K.

Trzeba było afery Weinsteina, aby nastąpił upadek Louisa C.K., od wielu lat oskarżanego (choć dotąd nie wprost) o „niewłaściwe zachowanie seksualne”.

Ofiary molestowania seksualnego przestają obawiać się mówić głośno o swoich traumatycznych doświadczeniach. Oprócz nich oraz „drapieżników seksualnych”, takich jak Kevin Spacey, a także tzw. „środowiska”, które – jak się okazuje – podobno o wszystkim od dawna wiedziało, jest jeszcze jedna, największa grupa trzecioplanowych bohaterów tej historii. Są to przeciętni konsumenci dóbr kultury. Albowiem to także przed wielbicielami standupu czy fanami serialu „House of Cards” ostatnie rewelacje stawiają niełatwy, moralny dylemat. Jest nim pytanie: czy wolno nam jeszcze śmiać się z dowcipów Louisa C.K. albo oglądać z przyjemnością „American Beauty”?

Niektórzy twierdzą, że jedną z miar dojrzałości w odbiorze sztuki jest zdolność oddzielenia oceny moralnej twórcy od oceny estetycznej dzieła. Polega to także na tym, by uznaniem wybitności dzieła nie próbować usprawiedliwiać pośledniości charakteru twórcy.

Pragmatycznie rzecz ujmując, gdybyśmy oceniali sztukę przez pryzmat moralności artystów, galerie, sale kinowe i teatralne szybko musiałyby opustoszeć. A może powinny? Dziś decyzja o wybraniu się do kina na film wyprodukowany przez Harveya Weinsteina oznacza, że godzimy się, by nasze pieniądze zasiliły konto seryjnego molestatora.

Niektórzy przekonują, że gdyby nie zdolność przekraczania powszechnie przyjętych norm, także w zakresie seksualności, wiele wspaniałych dzieł by nie powstało. Przecież niejednokrotnie było tak, że uznanie zdobywały po latach te dzieła i ci twórcy, którzy kwestionowali obowiązujące normy, w tym również normy moralne.

Historia bardzo często udziela artystom rozgrzeszenia. Jednak dziś takie argumenty brzmią niezwykle słabo. Nawet jeśli za błyskotliwe i boleśnie prawdziwe uznamy monologi Louisa C.K. na temat białego, męskiego uprzywilejowania, nie możemy – jeśli nie jesteśmy zwolennikami jakiejś odmiany konsekwencjonizmu – rezultatem usprawiedliwiać niemoralnego czynu, który być może dostarczył artyście swoistej inspiracji. Współcześnie powszechna moralność opiera się na uznaniu pewnych absolutnych, nienaruszalnych praw indywidualnych – i w tej perspektywie nie można zdrożnego czynu uzasadniać wartością stworzonego dzieła.

Louis C.K. czy Kevin Spacey skrzywdzili przede wszystkim, lecz nie wyłącznie, osoby, które molestowali. Innego rodzaju krzywdę wyrządzili swoim wielbicielom, tym, którzy przez lata wspierali ich kariery, kupując bilety na ich filmy czy występy, a także polecając ich produkcje innym, niejako partycypując w ten sposób w popełnionych przez nich grzechach. Fani mają prawo czuć się dziś zdradzeni. Nie mają jednak prawa usprawiedliwiać swoich idoli wartością stworzonej przez nich sztuki.

Dodaj komentarz