Genderowy kłopot

Wydana po polsku dopiero w 2008 roku książka Judith Butler „Uwikłani w płeć” w oryginale nosi tytuł „Gender Trouble: Feminism and the Subversion of Identity”. Po swojej publikacji w 1990 roku wywołała niemałe zamieszanie w zakresie tego, co dziś, po dwóch dekadach, jest uznanym elementem pejzażu akademickiego: gender, women’s i queer studies.

Uwikłani w płeć

Butler zaproponowała performatywne rozumienie nie tylko płci kulturowej (gender), lecz także płci biologicznej (sex). Tym samym zdekonstruowała (w sensie ścisłym, jak napisałby Pilch) binarne rozróżnienie sex/gender, stanowiące jeden z centralnych momentów analizy i argumentacji dyskursu feministycznego. Nic dziwnego, że od tego czasu coraz wyraźniej widoczne jest zerwanie studiów genderowych jako dyscypliny humanistycznej z feminizmem jako jedną z doktryn politycznych.

„Gender Trouble” to książka niełatwa i to nie tylko dlatego, że podważa szereg rzekomo nienaruszalnych, ustabilizowanych norm dotyczących tożsamości seksualnej. Dla każdego, kto ma pojęcie o zmianie, która dokonała się w nauce i filozofii XX wieku, jest to naturalny efekt procesu uzmysławiania sobie przez człowieka własnej przygodności. Trudności w lekturze dostarczyć może natomiast poststrukturalistyczna metoda i związane z nią styl i język. Sama Judith Butler pisze o tym przepięknie w przedmowie dodanej w edycji z 1999 roku, znajdującej się także w polskim przekładzie:

Styl jest dla mnie rzeczą skomplikowaną – nie sposób go po prostu samemu/samej obrać czy też dowolnie kontrolować. (…) Oczywiście możemy używać różnych stylów, lecz nie jest w pełni kwestią wyboru, jakie style są nam w ogóle dostępne. Ponadto ani gramatyka, ani styl nie są politycznie obojętne. Poprzez poznanie reguł rządzących zrozumiałą mową wchodzimy w unormowany język, a jeżeli nie będziemy się do nich stosować, nikt nas nie będzie mógł zrozumieć. Odwołując się do Adorna, Drucilla Cornell zwróciła mi uwagę, że w zdrowym rozsądku nie ma nic radykalnego. Błędem byłoby sądzić, że gramatyka, której nas uczono, najlepiej służy przekazywaniu radykalnych poglądów. Trzeba bowiem pamiętać o ograniczeniach, jakie gramatyka nakłada na myślenie, i o tym, że naprawdę decyduje ona, co jest w ogóle do pomyślenia, a co nie. Oczywiście sformułowania, które naruszają gramatykę albo podskórnie kwestionują w zdaniu związek podmiotu z orzeczeniem, będą niektórych denerwować: oznacza to więcej pracy dla czytelników i czytelniczek, i niekiedy krzywią się oni/one na tak wysokie wymagania. Czy należy więc dać się tym obrażalskim przekonać, żeby „jasno się wyrażać”? Czy może ich narzekania wypływają z konsumpcyjnego podejścia do życia intelektualnego? Czy przejście przez trudności językowe niesie ze sobą jakąś wartość? Jeśli, jak dowodziła Monique Wittig, kulturowa płeć zyskuje naturalność poprzez reguły gramatyczne, wówczas podważając gramatykę ją wytwarzającą, można wprowadzić zmiany w dziedzinie płci na najbardziej podstawowym poziomie epistemicznym.

Jest to bardzo trafne, lecz zarazem – i to stanowi prawdziwy kłopot dla/z gender – utrudniające praktykę przekonywania o wartości perspektywy genderowej dla współczesnego społeczeństwa. Jest to cecha charakterystyczna każdego dyskursu próbującego kwestionować stabilność powszechnie używanych kategorii. Można czynić to tylko w języku nieustannie gotowym do podważania własnej stabilności. Raz jeszcze niezwykle przydatnym narzędziem okazuje się ironia.