George Carlin i wybory prezydenckie

Parafrazując Ernesta Laclau – przejść należy od analizy interpretacji do samych warunków jej możliwości. Najbardziej fundamentalnym z owych warunków jest narracyjność. Aby bowiem sprzedać interpretację, należy ją opowiedzieć zgodnie z prawidłami narracji. Tak jak w tej bajce o demokracji: zmień kraj, idź na wybory. A g…

Jawna nierzeczywistość demokracji

George Carlin podaje dwa znaczące powody, by w dzień wyborów prezydenckich pozostać w domu. Po pierwsze, wybory to theatrum, symulakrum, nic nie znacząca zabawa, odciągająca uwagę od niedostrzegalnego pozbawienia nas jakiegokolwiek wpływu na rzeczywistość. W istocie tak jest – przecież nawet Zygmunt Bauman w końcu splagiatował w jednej ze swoich książek myśl właściwą raczej tropicielom żydowsko-masońskiego spisku: państwa to dziś jedynie okręgi policyjne, które zapewniają bezpieczną przestrzeń globalnemu turbokapitalizmowi.

Po drugie, jeśli bierzemy udział w wyborach, legitymizujemy tym samym rządzących. Ci zaś są przeważnie nieudolni w realizowaniu interesu ludu. Dlaczego – patrz punkt pierwszy. To nie jest tak, że brakuje im woli zmiany – tej woli, rzecz jasna, nie ma, ale nawet, gdyby była, nie zmieniłaby w żaden sposób ich niemocy.

Jeden z najwybitniejszych na świecie – i, dzięki będącemu wynikiem opisanych wyżej procesów upadkowi humanistyki, prawie nieznany w Polsce – historyków myśli politycznej i teoretyków polityki, Quentin Skinner, za jeden z centralnych problemów współczesności uznaje upadek reprezentacji politycznej. W jego optyce państwo postrzegać należy po hobbesowsku: jako osobę, której przedstawicielem są rządzący. Ci ostatni działają legalnie dopóty, dopóki służą interesowi państwa, czyli całego ludu. Problem w tym, że – jak mówi Skinner – w sytuacji, gdy rządy działają wbrew temu interesowi, alternatywa wobec posłuszeństwa obywateli względem prawa uczyniona została skrajnie nieatrakcyjną. Ba – dodać należy, że nieposłuszeństwo obywatelskie, skierowane wobec władz publicznych, jest działaniem równie beznadziejnym jak legitymizowanie status quo przez udział w wyborach.

Ludzie i myszy

Czy rozwiązaniem jest zatem a(nty)polityczność – ucieczka od polityki? Jeżeli nie będziemy polityczności łączyć, wąsko, jedynie z intytucjami państwa i ich przyległościami, dostrzeżemy, że mikropolitykę uprawiać możemy bez konieczności wrzucania kartki do urny wyborczej. Tak, tego rodzaju drobne zmiany nie doprowadzą do przewartościowania porządku światowego: kapitaliści nadal będą paść swoje brzuchy, wmawiając ubogim, że obniżenie podatków jest w ich interesie, bo wzrośnie produkcja jachtów etc. Pod tym względem sytuacja jest beznadziejna – możemy czytać Agambena i wraz z nim czekać na mesjański moment.

Ten może nadejść, ale niekoniecznie w pożądanej przez ludzi Zachodu formie. Pod doniesieniami na temat ekspansji Chin na Antarktydzie czytam komentarz o treści: „oto kolejne po islamie zagrożenie dla ludzkości !!!11!”. Ludzkość to my – Zachód. Chińczycy, których jest prawie dwa razy tyle, co Europejczyków, są wyłącznie dla tej ludzkości zagrożeniem. Polecam w związku z tym przed snem wykonać ćwiczenie na wyobraźnię: jak wyglądałyby bajki Disneya, gdyby były tworzone przez myszy?

Dodaj komentarz