Gombrowicz/Jarocki/Kosmos

Wielkie dzieło żąda, aby doświadczać go bezpośrednio. Tłumaczenie powieści jest de facto dziełem osobnym: zaprawdę trudno czytając po polsku „Portret Doriana Graya” stwierdzić, iż przeczytało się książkę Oscara Wilde’a; nie, przeczytało się jej translatorską interpretację (która sama w sobie może być kongenialna). Wyobrazić sobie zatem można, o ile większy istnieje rozziew pomiędzy powieścią a jej teatralną adaptacją.

Wybór medium, w jakim artysta komunikuje, jest integralną częścią jego twórczości. Jak mówił klasyk, przekaźnik sam jest przekazem. „Kosmos”, późne dzieło Gombrowicza, jest przedsięwzięciem w moim przekonaniu nieprzekładalnym. Nie sposób oddać wewnątrztekstualności, autoteliczności i wsobności tej powieści.

„Kosmos” jest dziełem w dwójnasób niepotrzebnym. Raz, że po „Ferdydurke”, „Trans-Atlantyku” i „Pornografii”, wydaje się być przesadny w swym „gobrowiczowizmie”, a jest w nim zgoła onanistyczny. Gry słowne wznoszą się tu na wyżyny zbędności, budując szum i zgiełk tego nic, które robimy – jak mówi powieściowy Leon – przez całe życie. „Kosmos” jest niepotrzebny także i w innym ujęciu. Otóż cała jego „akcja” „tworzona jest” (cudzysłowy jak najbardziej znaczące) z nudów. „Kosmos” jest swego rodzaju ruchomą makietą, eksponatem z wystawy zatytułowanej „jak działa ludzki umysł?”.

Ale jest też żartem, literacką grą, biorącą się ze zniechęcenia pustotą i „padaniem na kolana sztuki przed sobą samą”, którą Gombrowicz wywodził od Joyce’a, a doświadczał na przełomie lat 50. i 60. (kiedy „Kosmos” się rodził) poprzez wylew literatury nurtu nouveau roman. Dlatego „Kosmos” to nie tylko próba udokumentowania rodzącej się narracji, ale też parodia procesu tworzenia dzieła, które do mistycznego wymiaru wynosi zawieszonego na drucie wróbla, stającego się Chrystusem tej opowieści.

A Jarocki? Jego interpretacja nie może nie rozczarowywać, w oczywisty sposób musi być bowiem symplifikacją. Mówiąc brutalnie: gdyby Gombrowicz chciał, by „Kosmos” był dramatem, nie nadałby mu formy powieściowej. Ale teatralne i filmowe adaptacje powieści autora „Dziennika” są na porządku dziennym; zatrzymują się one najczęściej na najbardziej naskórkowym poziomie, a więc na Gombrowiczowskim języku.

Jarockiemu, niewątpliwemu znawcy Gombrowicza, udaje się pójść dalej. Ale i on nie unika mielizn współistotnych teatrowi, jako gatunkowi sztuki. Niepotrzebnie podkreśla „dziwność” Katasi, która u Gombrowicza nie jest wcale nadpobudliwą wariatką, a „zwykłą gospodynią, starszawą, zażywną”, „z biustem i pulchnawą”. Przecież w powieści dziwność ta wyraża się tylko wywinięciem wargi.

Przerysowany jest też Fuks, pomimo, a być może wskutek brawurowej kreacji Marcina Hycnara. Akcja w powieści, jak pisałem, wynika z nudy, ale i z chęci, by myśleć o czymś, by nie myśleć o czymś innym (tak jak w „Pornografii” mówi się o czymś, by nie mówić o czymś innym). Powieściowy Fuks czepia się wróbla, patyka i dyszla, by odrzucić myśl o czekającym go powrocie do szefa, Drozdowskiego, który znieść Fuksa nie może. Fuks Hycnara zbyt łatwo – a nie tylko chętnie – angażuje się w rozszyfrowywanie znaków, zbyt łatwo pokonuje Drozdowskiego, stąd motywacja jego pozostaje dla widza niezaznajomionego z treścią książki mało czytelna.

Przerysowana jest wreszcie Kulka Seniuk, niepotrzebnie w kilku miejscach wybuchająca wrzaskiem. By Gombrowicz eksplodował, nie trzeba go wykrzykiwać.

Ale jest też oczywiście i kreacja wybitna, stworzona przez Zbigniewa Zapasiewicza. Jego Leon jest najbliższy powieściowemu pierwowzorowi. Tak jak tamten, skupiony na bembergowaniu, osobistej z sobą przyjemności, zdaje się być osobny także w swej interpretacji wobec reszty obsady. On przeczytał „Kosmos” Gombrowicza, nie tylko libretto Jarockiego. Lecz nie od dziś wiadomo, że jest to aktor będący klasą sam dla siebie – i znów osobna wsobność się odzywa…

W ascetycznej scenografii, uwypuklającej to, co dopiero ex post winno zostać uwypuklone, niknie to, co dla Gombrowicza było ważne: stawanie się historii. U Gombrowicza wszystko jest równorzędne: brzęk sztućców, Leona kulki z chleba, dłoń Leny, bzyczenie osy, przejeżdżający za oknem omnibus, Kulki „Telefonowałeś?”. Teatr wymógł symplifikację.

* * *

„Dziś na obiad była potrawka z kury” – mówi Witold i schodzi ze sceny. Publiczność siedzi bez ruchu. Obecny na widowni Jarocki po dziesięciu długich sekundach sam zaczyna klaskać. Czy naprawdę nikt z widzów nie czytał „Kosmosu”?

Witold Gombrowicz – „Kosmos” (1965)
Jerzy Jarocki – „Kosmos”, Teatr Narodowy w Warszawie (2005)

Dodaj komentarz