„House of Cards” i nieśmiertelna sława – Archeologia Popkultury

„House of Cards” i nieśmiertelna sława

W czołówce „House of Cards” nie widzimy ludzi. Zamiast nich oglądamy fantastycznie sfilmowaną architekturę amerykańskiej stolicy. Wydawać się może to paradoksem, ponieważ sam serial jest przecież wyłącznie grą ludzkich charakterów. Zimne, klasycystyczne budowle i opustoszałe przestrzenie wydają się niewzruszone wobec bezwzględnej gry o władzę dla samej władzy.

Wyjaśnienie tego, jak się okazuje, pozornego paradoksu znaleźć można u Hannah Arendt. Bardzo wyraźnie oddzielała ona działalność polegającą na budowie polis (zarówno w jej materialnym wymiarze, jak i np. poprzez ustanowienie praw) od właściwego politycznego działania. Jednocześnie nie uległa ona wspólnemu tak różnym filozofom jak Platon czy John Rawls złudzeniu, że możliwe jest zaprojektowanie instytucji, które będą systemami zupełnymi, zapewniającymi sprawiedliwość i nie pozostawiającymi miejsca na przypadek.

Pewna stabilność instytucjonalna jest polityce niezbędna. Traktować ją należy jednak nie jak stały ląd, lecz raczej jak chwilową przystań, wyspę na oceanie przygodności. U Hannah Arendt nie jest to po prostu wyraz pogodzenia się ze zmienną, wymagającą ustawicznej aktywności rzeczywistością – to raczej cena, którą ludzie muszą zapłacić, jeśli chcą być wolni. Najdoskonalsze z możliwych instytucje, nawet takie, które – jak w przypadku amerykańskich – oparte są na koncepcjach wybitnych filozofów, nie są zdolne okiełznać nieodłącznej polityce nieprzewidywalności. Jeśli do tego dążą, znaczy to, że chcą zlikwidować politykę, a zatem i wolność.

Pierwsze zdanie tego tekstu nie jest do końca prawdziwe. W czołówce „House of Cards” widzimy ludzkie postaci, tyle że unieruchomione, na pomnikach. To także wspaniale odzwierciedla Arendtowską wizję działania politycznego oraz jego celu. Nie jest nim władza – ta przemija. Stawką w grze politycznej jest coś więcej: tym czymś jest nieśmiertelna sława.