Kamieni kupa

stonehenge

Jeśli staniemy wewnątrz kamiennego kręgu i wystarczająco długo i intensywnie wsłuchiwać się będziemy w przejmującą ciszę, uszu naszych dobiegnie w końcu szept druidów.

Stonehenge to jedna z tych obowiązkowych, pocztówkowych atrakcji turystycznych, których nie czuję się w obowiązku obejrzeć. Wszyscy tam byli, nawet jeśli nigdy nie byli i nie będą. Tak jak na Wieży Eiffela, w Koloseum i przy Statule Wolności.

A jednak pojechaliśmy, ponieważ to tylko dwie godziny jazdy od Londynu (co, ku mojemu zaskoczeniu, oznacza pokonanie zarazem połowy dystansu ze stolicy do Kornwalii).

Starożytny monument zagubiony jest pośród rozległych pól i łąk, po angielsku nazywanych poetycko brzmiącym słowem moor, które na polski przekłada się często jako „wrzosowisko”, nawet jeśli nie rosną tam wrzosy. (Jakże romantycznie i złowrogo brzmi fraza „mordercy z wrzosowisk”! Moor murders to seria zabójstw popełnionych w pierwszej połowie lat 60. XX w. w okolicach Manchesteru. Ian Brady i Myra Hindley zabili łącznie pięcioro dzieci, wcześniej wykorzystując je seksualnie. Trzy ciała znaleziono zakopane na Saddleworth Moor w północnej Anglii).

Ogromna przestrzeń otoczona jest płotem, za który dostać można się tylko za okazaniem biletu. Ten zaś nabyć można w odległym o półtora kilometra, przypominającym terminal portu lotniczego visitors centre (to określenie nie znalazło chyba jak dotąd polskiego odpowiednika). Mieści się tam prezentująca najważniejsze informacje wystawa, bufet i sklep z pamiątkami. Tam też trzeba pozostawić samochód, resztę trasy pokonując pieszo lub kursującymi co kilkanaście minut autobusami.

Psom wstęp do autobusu jest zakazany, a że żal nam było Pasia zostawiać na cały dzień samego, musieliśmy pomaszerować. Nie był to spacer nieprzyjemny. Niestety przy wejściu w bezpośrednie pobliże Stonehenge okazało się, iż tam także czworonogi są niemile widziane. Mogliśmy na szczęście skorzystać z uprzejmości Łukasza i Juliana.

Oczywiście nie ma mowy o wchodzeniu do wnętrza kręgu, nie ma też mowy o kontemplacji miejsca w niezakłóconej ciszy. Przyczyną jest nie tylko wielojęzyczny tłum turystów, lecz także bliskość zatłoczonej szosy, przebiegającej kilkaset metrów dalej. O metafizycznym doświadczeniu, przynajmniej w moim przypadku, nie można w związku z tym mówić.

Okolica pełna jest neolitycznych artefaktów, odpowiednio poukładanych głazów i precyzyjnie wytyczonych traktów. Usiłując dowiedzieć się czegoś więcej, dojść można przede wszystkim do wniosku, że niezwykle trudno dociekać dziś symbolicznego znaczenia, jakie miały one dla ludzi zamieszkujących te okolice cztery czy pięć tysięcy lat temu. Badania jednak trwają.

Dodaj komentarz