Kiedy brakuje słów

Because something is happening here
But you don’t know what it is
Do you, Mister Jones?

Opowieść standardowa: język powstał w wyniku ewolucji gatunku ludzkiego, wykształcenia odpowiednich narządów mowy oraz struktur kognitywnych. Jednocześnie wiemy, że bez języka tej standardowej opowieści nie można by opowiedzieć. Zatem: aby zaistniała ewolucja, musiał pojawić się język.

Na ile rozwinięty musiał się stać, by możliwa była taka konceptualizacja? W którym momencie język przekroczył granicę instrumentalnego podporządkowania i stał się systemem autopoietycznym? Na te pytania z pewnością nauka udziela odpowiedzi, nawet jeśli mają one tylko prowizoryczny charakter.

Idźmy jednak dalej. Zdarzają się sytuacje, kiedy mówimy: „brak mi słów”, „nie wiem, co powiedzieć”, „nie umiem tego opisać”. Traktujemy to jako chwilowe ograniczenie języka lub własnych zdolności jego użycia. Takie myślenie ufundowane jest na założeniu, że przy pomocy języka można opisać każdy element rzeczywistości. Język stanowi w związku z tym reprezentację tego, co pozajęzykowe. Nawet jeśli w danym momencie nie potrafimy ująć czegoś w języku, wydaje się nam, że to tylko tymczasowa słabość, która zostanie w przyszłości przezwyciężona.

Przełamanie przekonania o języku jako zwierciadle natury zawdzięczamy konstruktywistycznym (anty)filozofom. Rzeczywistość nie jest odzwierciedlana w języku, lecz przez język konstruowana, wytwarzana. To jednak znów zakłada możliwość aplikacji języka do całokształtu doświadczeń: stają się one w momencie ich nazwania.

Wydaje się jednak, że i takie podejście trzeba odrzucić. Proponuję spojrzeć na problem następująco: język, bez względu na to, czy przyjmiemy perspektywę zwierciadlaną czy konstruktywistyczną, pozostaje metaforą – w drugim przypadku metaforą opisującą arbitralnie wyodrębniony spośród strumienia danych obiekt, w żaden sposób nie istniejący „naturalnie”. Zarówno pierwsza jak i druga perspektywa zakłada albo pierwotność odzwierciedlanego obiektu, albo pierwotność strumienia danych zmysłowych.

Perspektywa, która odrzuca to założenie, odrzuca również możliwość językowego ujęcia całkoształtu rzeczywistości. Określona będzie wobec tego mianem nihilizmu poznawczego – o tyle, o ile przez poznanie rozumie się właśnie językowe ujęcie rzeczywistości.

Konkluzja jest rozczarowująca i krótka. Musi być taka, bo nie da się ująć w języku – w przeciwnym razie podważałaby sama siebie. Brzmi ona tak: to, co nie daje się odzwierciedlić/skonstruować w języku jest wynikiem owej niemożności odzwierciedlenia/skonstruowania. Niemetaforyzowalność pewnych elementów rzeczywistości nie jest wyrazem słabości języka w tym sensie, że nie potrafi on ująć obiektu X. Obiekt X musi powstać, ponieważ istnieją granice języka.