Marzenia w czasach popkultury

 Universal Studios

Hollywood, czyli City of Dreams, pełne jest ludzi o niespełnionych marzeniach. Bartonów Finków, usiłujących zainteresować producentów filmowych swoim scenariuszem, pracujących jako hostessy w parkach rozrywki aktorek, którym w ciągu całej kariery uda się zagrać jedną rolę mówioną, albo kelnerów, którzy – jak Joey z serialu „Przyjaciele” – wystąpią co najwyżej jako double pośladków Ala Pacino. Show business – stwierdzam autorytatywnie, lecz w istocie na podstawie wiedzy wyssanej z brudnego, maczanego w popkulturze palca – jest okrutny tak samo, jak każdy inny biznes. A może nawet bardziej. Ja jednak, posiadając wybitnie radiową aparycję, nie aspiruję do bycia aktorem, nie zamierzam też przenosić na ekran swoich metafizycznych nowel, bo mogłoby to skończyć się jak w przypadku „Zaczerpnąć dłonią” Adasia Miauczyńskiego. I może dlatego – kończę przydługi wstęp – udało mi się wczoraj zrealizować dwa popkulturowe marzenia.

Simpsons
Pierwsze marzenie zrealizowałem w Universal CityWalk, centrum rozrywkowo-handlowym (pleonazm, rozrywka to przecież czysty handel) znajdującym się w Burbank, tuż obok studia filmowego Universal. Studio można zwiedzać, ale jest to przyjemność nietania – jednodniowe wejściówki, które uprawniają do uczestnictwa w kilkunastu tematycznych „przejażdżkach” (np. po świecie Simpsonów, Transformerów czy efektów specjalnych), kosztują 80 dolarów. Sama procedura ich zakupu w kasie jest uciążliwa i kuriozalna (nawet jak na Hollywood – ostrzegałem!): nie dość, że musieliśmy okazać paszporty, to jeszcze na samej bramce zeskanowano nasze odciski palców (!).

Wbrew pozorom to nie zdjęcie z lotniska Siewiernyj, a plan filmu Stevena Spielberga

Wbrew pozorom to nie zdjęcie z lotniska Siewiernyj (choć odpowiednio zasugerowany obserwator dostrzeże brakujący fragment nogi b. prezydenta), a plan filmu Stevena Spielberga

Cały ten zachód po to, by wejść na teren kiczowatej wioski składającej się ze sklepów z pamiątkami i jedzeniem, dzięki czemu podejmować można dwie ulubione aktywności Amerykanów: shopping and eating. Główną atrakcją są jednak wspomniane przejażdżki. My wybraliśmy klasyczne studio tour. Jak to wygląda? Napierw tłoczysz się w długiej kolejce oczekujących na miejsce w wagoniku. A gdy już usiądziesz, witają cię żywy, choć przemawiający z zawieszonego w wagoniku ekranu przewodnik oraz nagrany komik Jimmy Fallon. Rozpoczyna się jazda, podczas której obejrzeć można kartonowe miasto, zachowane plany filmowe z „Psychozy”, „Szczęk” czy serialu „Desperate Housewives”.

Courthouse Square

Courthouse Square

Fani „Powrotu do przyszłości” wzruszą się na widok słynnego budynku sądu. To na jego szczycie – a tak naprawdę, na szczycie poprzedniej wersji dekoracji, która spłonęła w pożarze – dr Emmett Brown umieścił w 1955 roku piorunochron, który ściągnął energię (słynne jiggawatts) potrzebną do przeniesienia Marty’ego McFly w rok 1985.

Sam wehikuł, czyli tuningowanego DeLoreana, można także zobaczyć: stoi smutno wraz z innymi, znanymi z kina pojazdami.

DeLorean

Objazd po terenie studia trwa jakieś 50 minut.

Realizacja pierwszego marzenia

nastąpiła jednak dopiero dwie godziny później, kiedy znaleźliśmy się z powrotem na terenie Universal CityWalk. A dokładniej – w klubie komediowym należącym do zupełnie nieznanego w Polsce, a w Ameryce popularnego dzięki występom w „Saturday Night Live” Jona Lovitza. To właśnie w tym miejscu, prawie co tydzień, nagrywany jest podcast „Hollywood Babble-On”, którego autorami i głównymi bohaterami są reżyser Kevin Smith i aktor Ralph Garman. Jeżeli ktoś nie kojarzy Smitha, to znaczy, że nie jest to strona dla niego (żegnam). Bardziej wyrozumiały mogę być w przypadku Garmana, bo grywa on zwykle role drugoplanowe, zajmuje się także dubbingiem w filmach animowanych.

Podcast „HBO” słucham w miarę regularnie od jakiegoś roku, podobnie jak i innych podcastów nagrywanych przez Kevina Smitha, który powoli rozstaje się z reżyserią. Bardzo lubię też wszystkie jego filmy, dlatego już w ubiegłym roku skierowałem naszą amerykańską wycieczkę do miasteczka Red Banks w New Jersey. Smith spędził w nim dzieciństwo i młodość. Teraz posiada tam sklep „Jay and Silent Bob Secret Stash”, w którym sprzedaje gadżety związanymi z View Askewniverse, czyli fikcyjnym światem „Sprzedawców” („Clerks”), „Szczurów z supermarketu” („Mallrats”) czy „Dogmy”.

„Hollywood Babble-On” składa się z kilku segmentów, w których generalnie chodzi o współczesną i trochę bardziej odległą kulturę popularną. Smith i Garman ironizują, szydzą, i nabijają się chamsko z tak wybitnych osobistości jak Paris Hilton, Lindsey Lohan czy Kim Kardashian, gęsto posługując się aluzjami szołbiznesowymi, co sprawia, że podcast jest prawdziwą ucztą dla wieblicieli popkultury. Garman, który potrafi świetnie naśladować głosy wielu celebrytów, w odpowiednich momentach potrafi skomentować frament rozmowy najbardziej znaną frazą Ala Pacino albo rantem Christiana Bale’a.

 

Wczorajsze show było, jak zwykle, pełne obscenicznych dowcipów i wulgarnych komentarzy.Hollywood Babble-On

Tuż po nim mieliśmy szansę uścisnąć dłoń Ralpha Garmana – Kevin Smith niestety zniknął, zaniepokojony losem córki, która krążyła wraz z koleżanką po CityWalku.

Drugie marzenie

zrealizowane zostało w drodze powrotnej do Culver City. Z małymi komplikacjami udało nam się skręcić z autostrady 101 w Mulholland Drive. Uwielbiam wszystkie filmy Davida Lyncha, ale „Mulholland Drive” jest moim absolutnym numerem jeden – wszech czasów, w ogóle, w całej historii kina. Od ponad 10 lat, kiedy po raz pierwszy obejrzałem film, pragnąłem przejechać się nocą tą słynną ulicą. I wczoraj to się udało.

Mulholland Drive

Jechaliśmy drogą, która wije się na wzgórzach Hollywood pomiędzy luksusowymi willami producentów, reżyserów i gwiazd filmowych, odsłaniając, to z lewej, to z prawej strony, błyszczącą milionami świateł panoramę hrabstwa Los Angeles.

Widok na Burbank z Mulholland Drive

Widok na Burbank z Mulholland Drive

Z głośników poleciała muzyka Angelo Badalamentiego, a ja wypatrywałem tabliczek z napisem „Mulholland Dr.”, takich jak ta, którą rozświetlają reflektory samochodu w otwierających film scenach. Jechaliśmy tak ponad pół godziny, docierając na zachodzie do autostrady 405. Wielkie przeżycie.

Do hotelu powróciliśmy już po północy. Dziś przed nami najważniejsza noc w tym mieście – wręczenie Oscarów. Do czerwonego dywanu pewnie nie zdołamy się dopchać, ale wybierzemy się za to do studia Paramount – i do kina, na jeden z nominowanych filmów.

Dodaj komentarz