Na zawrotnych wysokościach

Leaving the myriad small creatures trying to tie us to the ground
To a life consumed by slow decay

Oczywiście, rzecz jasna, no pewnie, że (etc., etc.) Pink Floyd bez Rogera Watersa nie był już tym samym Pink Floydem. Od banału, który – podobnie jak owe małe kreatury z zamieszczonego powyżej wyimka – przykuwa nas do ziemi, należy jednak uciec. Róbmy to powoli, choć systematycznie. „High Hopes”, jeden z najlepszych momentów postwatersowskiego Pink Floyd, słyszymy tu w solowym wykonaniu Davida Gilmoura, należącego do nie tak znowu szerokiego grona moich muzycznych herosów. Wykonanie to jest solowe tylko w tym sensie, że bez towarzyszenia któregoś z pozostałych muzyków PF. Zwróćmy jednak uwagę, że przy fortepianie siedzi (i gra na nim, tudzież dmie w rożek angielski) nikt inny jak Michael Kamen, słynny zwłaszcza w latach 90. kompozytor, odpowiedzialny także za kilka muzycznych nieszczęść (by wspomnieć album „S&M” Metalliki), przedwcześnie zmarły na stwardnienie rozsiane. Pozostali muzycy, choć może nie tak znani, są równie wysokiej klasy.

To jednak przede wszystkim t-shirtowa charyzma Davida Gilmoura sprawia, że nie tylko „High Hopes” w prezentowanej wersji, ale cała, semiakustyczna płyta koncertowa, z której pochodzi to wykonanie, zapada w pamięć. Zapis koncertu z Royal Festival Hall (leżącego na południowym brzegu Tamizy, jednego z najbrzydszych budynków centralnego Londynu) obejrzałem dzisięć lat temu, gdy intensywnie chłonąłem wszystko, co opatrzone było emblematem Pink Floyd lub choćby nosiło znamię floydowskich podobieństw rodzinnych.

David Gilmour ma 55 lat i jest królem świata. Nie musi nikomu nic udowadniać, nie musi zarabiać, może siedzieć w swoim studiu nagraniowym, umieszczonym na pokładzie barki zacumowanej u wybrzeży Tamizy. To jemu, a nie Watersowi, historia przyznała rację. (Sięgający końca lat 70. spór pomiędzy muzykami wciąż trwa; zostanie zażegnany – choć bez wielkiego przekonania ze strony Gilmoura – dopiero podczas wspólnego występu na koncercie Live 8 w 2005 roku). Zrekonstruowany Pink Floyd nagrał wprawdzie tylko dwie płyty studyjne, ale – szczególnie podczas tras koncertowych – wytworzył rozpoznawalny idiom (czyt. lasery i bajery), odmienny od wizualnego słownika grupy z lat 70.

Dlatego David Gilmour jest tu doskonale zrelaksowany, z monarszym dostojeństwem łaskawie rozdaje uśmiechy. Jak jednak wie każdy, kto posiada zdolność empatii wykraczającą poza zwyczajowe „co u ciebie?”, maska spokoju kryć może złość i rozczarowanie, a dowcip i ironia – smutek i cierpienie. Przyjąć należy, że nieprzekazywalne nieukojenie w żalu stanowi nieredukowalny rdzeń jaźni i dopiero na podstawie tej przesłanki nawiązywać relacje z innymi.

W poszukiwaniu prawidłowości i porządku pośród chaosu informacji łamiących serce wspinamy się na szczyt, z którego rozpościera się zachwycający widok. Wyrzec trzeba się nadziei na dotarcie do miejsca na tyle stabilnego, by ów widok choć na moment pozostał niezachwiany. Jeżeli chce się zajść wysoko, trzeba być przygotowanym na zawroty głowy. Stanu tego nie powinno się traktować jako kłody rzuconej nam pod nogi przez Boga zazdrosnego o swój monopol na wysokościach. Zawroty głowy należy umiłować i nauczyć się odróżniać niebiańskie szepty wiodące do wyniesienia od kakofonii bełkotu tych, którzy wolą twardo stąpać po ziemi.

I jeszcze jedno: na szczyt wstąpić można tylko samotnie.

Dodaj komentarz