Niema rozpacz Michaela Corleone

Za dawnych, dobrych czasów, Francis Ford Coppola był mistrzem konstruowania finałowych scen. Ich dramatyzm budowany był często przez narrację opowiadającą równolegle dwie historie. W pierwszej części „Ojca chrzestnego” sceny chrztu przeplatane są scenami krwawej rozprawy z wrogami rodziny Corleone. Na pytanie „Czy wyrzekasz się szatana?”, Michael odpowiada: „Wyrzekam się”. W tym samym momencie wysłani zabójcy wykonują wydane przez niego wyroki śmierci.  Podobny chwyt reżyser zastosował też w „Czasie apokalipsy”. Tam rytualny ubój bawołu zestawiony jest z mordem dokonanym przez Willarda na pułkowniku Kurtzu.

Finałowa scena trzeciej części „Ojca chrzestnego”, choć pozbawiona owej równoległej narracji (choć chwyt ten jest zastosowany w przygotowującej finał, półgodzinnej sekwencji w operze), jest również niezwykle dramatyczna. Michaela, który nie może uciec przed swoją przeszłością (czego sam jest świadom, gdy wypowiada najbardziej znaną kwestię tego filmu) dosięga w końcu kara za popełnione grzechy. Niektórzy twierdzą, że w scenie tej Al Pacino przeszarżował. Nie zgadzam się. Niemy krzyk Michaela, przez długą chwilę niezdolnego do wyartykułowania rozpaczy, jest jednym z najbardziej przejmujących momentów, jakie zobaczyć możemy w kinie.

Przypomina się nam, że są sytuacje, kiedy nie potrafimy już tłumić własnej nieumiejętności wyrażenia cierpienia. A także o tym, że okrzyku największej rozpaczy możemy czasem nie słyszeć.