Nocna zmiana

Stało się: Stephen Colbert zadebiutował w ubiegłym tygodniu jako następca Davida Lettermana w nadawanym przez CBS „The Late Show”. Obok emitowanego przez NBC „The Tonight Show”, jest to najbardziej prestiżowy z amerykańskich wieczornych talk shows. Nic dziwnego, że pierwszym odcinkom „The Late Show with Stephen Colbert” nie tylko widownia, lecz także krytycy telewizyjni przyglądali się z więlką uwagą. Ich wedykt jest generalnie pozytywny. Czy jednak bilans tej zmiany jest rzeczywiście dodatni?

Stephena Colberta nie trzeba chyba przedstawiać. Dla porządku przypomnę tylko, że rozpoczynał karierę telewizyjną jako jeden z korespondentów w „The Daily Show”. I podobnie jak wielu innych, mało znanych wcześniej komików (m.in. Steven Carell, a ostatnio John Oliver), to właśnie roli w programie Jona Stewarta zawdzięcza swą dzisiejszą pozycję.

Błyskotliwe poczucie humoru podobało się widowni tak bardzo, że stacja Comedy Central powierzyła Colbertowi prowadzenie własnego, autorskiego show – „The Colbert Report”. Przez 9 lat odgrywał tam rolę egocentrycznego konserwatysty, parodiując wielu prawicowych prezenterów z Billem O’Reillym na czele. Liberalna publiczność uwielbiała tę ironiczną narrację, a Colbertowi – tak jak Stewartowi – udawało się przemycić w swoim programie szereg bardzo istotnych społecznie i politycznie komunikatów.

Uciec od polityki

Colbert zrezygnował z tego autorskiego formatu, by zasiąść na fotelu zajmowanym przez niemal ćwierć wieku przez Davida Lettermana. Jest to dla niego niewątpliwie ogromny, osobisty sukces. Dla opinii publicznej jest to jednak jeszcze większa strata.

Jon Stewart zawsze gorąco protestował, kiedy ktoś nazywał go dziennikarzem. A jednak to właśnie jego prześmiewcze „Daily Show” dekonstruowało polityczne absurdy i przekłuwało balon ignorancji tzw. poważnych mediów informacyjnych. Nic dziwnego, że bardzo wiele osób właśnie z programu Stewarta czerpało wiedzę o najważniejszych wydarzeniach amerykańskiej i światowej polityki. I, mogę się założyć, osoby te były rzetelniej poinformowane od widowni kanału „informacyjnego” Fox News.

Podobne zasługi dla oświecenia publicznego ma Stephen Colbert. I także on nie chciał nigdy uchodzić za poważnego dziennikarza. Teraz nie będzie musiał już walczyć z tymi, którzy chcieliby przypiąć mu takę etykietkę. Jego praca polegać będzie na prowadzeniu rozmów o niczym z niekończącym się korowodem celebrytów i celebrytek, promujących swój najnowszy blockbuster, a on sam de facto będzie twarzą koncernów, emitujących reklamy przed, po i w trakcie jego programu.

Nie wątpię, że Colbert rozmowy prowadzić będzie dowcipniej i z większą werwą niż Letterman, który przez ostatnią dekadę sprawiał wrażenie śmiertelnie znudzonego swoją pracą. Być może będzie więcej wywiadów pogłębionych, takich jak ten z Joe Bidenem. Być może Colbert potrafił będzie promować podsuwane mu produkty tak jak w przypadku ciasteczek Oreo – z dozą sarkazmu na tyle odpowiednią, by to sprzedanie się korporacjom wybaczyli mu lewicowi fani.

Na razie jednak nie udało się mu uniknąć wpadki. O ile podobno producent Oreo nie zapłacił za obecność ciasteczek na antenie, o tyle wielkie oburzenie wywołał product placement hummusu firmy Sabra. Mimo że Colbert poprzedził promocję tego produktu odpowiednio ironicznym wstępem, spotkał się z krytyką lewicowych zwolenników bojkotu koncernów, wspierających izraelską armię. Takich jak produkująca hummus we współpracy z PepsiCo, izraelska Strauss Group.

Jak widać Stephen Colbert, rezygnując ze swojego nasyconego polityką „Colbert Report”, nie zdołał uciec od polityki, co samo w sobie jest niezwykle ironiczne. Pytanie, czy zbudowana przez niego wcześniej sympatia i zaufanie widzów wytrzymają kolejne, podobne próby.

Odsiecz zza oceanu

Jest jeden jasny punkt na horyzoncie. Schedę po Colbercie i Stewarcie, który zrezygnował z prowadzenia „The Daily Show” kilka miesięcy temu, przejął John Oliver. Jego „Last Week Tonight” nadawany jest przez HBO od ubiegłego roku. Program różni się od nadawanych przez Comedy Central nie tylko tym, że emitowany jest raz w tygodniu. Oliver wybrał format na pozór nie do realizacji – każdy program poświęca przynajmniej 15 minut na omawianie jednego, ważnego tematu. Do tej pory były to m.in. nieprawidłowości w testach szkolnych, zatrważający stan amerykańskiej infrastruktury czy patologie systemu kaucji sądowych. I choć zagadnienia te brzmią jak tematy tych mniej pasjonujących odcinków „Sprawy dla reportera”, zapewniam, iż Oliver potrafi opowiadać o nich zajmująco i z dowcipem. A jego research jest zwykle pierwszorzędny.

Oliver, który od kilku lat jest obywatelem USA, z pochodzenia jest Anglikiem z dyplomem Uniwersytetu w Cambridge. Jego poczucie humoru jest dostatecznie brytyjskie, by zaspokoić wrażliwość fanów Monty Pythona, ale i wystarczająco amerykańskie, by kupiła je widownia za oceanem – a przynajmniej ta jej część, która wychowała się na programach Comedy Central. I choć on także, tak jak Colbert i Stewart, gorąco broni się przed klasyfikowaniem go jako poważnego dziennikarza, to właśnie jemu, jako jedynemu przedstawicielowi amerykańskich mediów, udało się przeprowadzić w Moskwie wywiad z Edwardem Snowdenem.

A zatem w Oliverze nadzieja.

Zmiana (tylko?) pokoleniowa

Z odejściem Jaya Leno i Davida Lettermana oraz Jona Stewarta, a także świetnego, acz niedocenianego Craiga Fergusona, minęła pewna epoka w telewizji amerykańskiej. Z nową generacją prowadzących najpopularniejsze wieczorne talk shows – 51-letnim Colbertem w „The Late Show”,  40-letnim Jimmym Fallonem w „The Tonight Show”, 47-letnim Jimmym Kimmelem w „Jimmy Kimmel Live!” – publiczność będzie spotykać się co wieczór przynajmniej przez najbliższą dekadę. Oprócz nich na stanowisku – mimo licznych zawirowań – trwa wciąż jeszcze 52-letni Conan O’Brien.

Format opisywanych programów jest niezwykle skonwencjonalizowany, co nie tylko nie szkodzi ich niegasnącej popularności, ale jest być może najlepszą gwarancją ich trwałości. Internet nie zdołał im wciąż zagrozić, ba, niektórzy – tak jak Kimmel oraz żenująco nieśmieszny Fallon – potrafią doskonale wyzyskać wirusowy potencjał sieci. Na bardziej znaczącą zmianę przyjdzie nam chyba zatem jeszcze trochę poczekać.

Dodaj komentarz