O przywództwie w mrocznych czasach – Archeologia Popkultury

O przywództwie w mrocznych czasach

Entuzjastyczne reakcje na „Darkest Hour” zdecydowanie więcej mówią o współczesnych odbiorcach, niż o tym co najwyżej przeciętnym filmie. Ten kolejny w już obraz z Winstonem Churchillem jako głównym bohaterem zdaje się odpowiadać na tęsknoty doby upadku politycznych autorytetów – tęsknoty za inspirującym przywództwem.

Niewątpliwą zaletą opisywanego filmu jest rola Gary’ego Oldmana: przynajmniej charakteryzatorom, którzy potrafili dokonać tak dramatycznej transformacji wizualnej tego wybitnego aktora, należą się oscarowe laury. Nie sposób jednak nie zauważyć, że aktorów świetnie grających w ostatnich latach Churchilla było już wielu – od Brytyjczyków Briana Coxa i Michaela Gambona po Amerykanina Johna Lithgowa – i każdy z nich w zasadzie musiał w dużej mierze odtwarzać Churchilla takim, jaki funkcjonuje on w kulturze popularnej. Bo przecież wszyscy dzielimy dość podobne wyobrażenie tej postaci: twarz buldoga, wyjątkowo specyficzny (nawet jak na warunki brytyjskie) akcent, cygaro w jednej, a szklanka brandy w drugiej ręce, niecierpliwość i wybuchowość etc.

Bardzo łatwo postać Churchilla sprowadzić do groteski, dlatego należy docenić starania Oldmana, który granicy karykatury nie przekracza. Co więcej, z niemałym powodzeniem usiłuje w „Darkest Hour” wypełnić powierzone mu przez scenarzystę i reżysera zadanie uczłowieczenia swojego pomnikowego bohatera.

Z tym jednak wiąże się najpoważniejszy problem, który mam z filmem. Konflikt dramatyczny dotyczy w nim dylematu, który stanął w maju 1940 roku przed Wielką Brytanią: czy, w obliczu szybkiego podboju przez wojska III Rzeszy Belgii, Holandii i Francji brytyjski rząd powinien przyjąć twardy, konfrontacyjny kurs (Churchill), czy raczej rozpocząć negocjacje pokojowe (lord Halifax)?

Alternatywa ta wydaje się współcześnie nad wyraz wydumana, trudno nam bowiem wyobrazić sobie paktowanie z Hitlerem. Pamiętać jednak należy – i w tym wymiarze film nie odbiega rażąco od prawdy historycznej – że odchodzący w niesławie i zastąpiony Churchillem premier Chamberlain oraz wielu innych brytyjskich polityków przez długie lata było zwolennikami appeasmentu wobec Niemiec. Ba, jak przypomniał ostatnio serial „The Crown”, w brytyjskich elitach, a nawet pośród członków rodziny królewskiej nie brakowało zwolenników zawarcia z Hitlerem bliższego przymierza.

Tym, co budzi wątpliwość w filmowej rekonstrukcji opisywanego dylematu – stawić opór czy podjąć rozmowy – jest sposób ukazania dotyczących go wewnętrznych rozterek Churchilla – oraz metody ich rozstrzygnięcia.

Churchill ukazany jest w pierwszej połowie filmu jako jedyny polityk, który nie ma złudzeń względem Hitlera. Jest przekonany o jego szaleństwie, a zatem i bezsensie wszelkiego paktowania. W pewnym momencie jednak – nie do końca wiadomo, z jakiej przyczyny – zaczyna kwestionować to własne przeświadczenie. I wtedy nadchodzi groteskowa scena, w której Churchill upewnia się co do nastrojów społeczeństwa brytyjskiego, zdecydowanego nieugięcie przeciwstawić się nazistom, nawet jeśli doszłoby do niemieckiej inwazji na Wyspy. Natchniony niezłomnością zwykłych ludzi Churchill udaje się do parlamentu i w Izbie Gmin wygłasza płomienną mowę o walce na plażach, wzgórzach i ulicach…

Otrzymujemy zatem obraz Churchilla sprzeczny nie tyle z naszym wyobrażeniem o pewnym siebie, a nawet aroganckim polityku, który własnym hartem ducha zdołał porwać do walki cały naród, co z pewną psychologiczną wiarygodnością samej postaci filmowej. Dlaczego ten wewnątrzsterowny, przekonany o własnej słuszności bufon, nagle okazuje potrzebę weryfikacji swoich intuicji i planów militarnych przez społeczeństwo niepoinformowane o realnej sytuacji wojennej?

Niemiecki teoretyk prawa i polityki, Carl Schmitt, dowodził niesprzeczności pomiędzy dyktaturą a demokracją wskazując, że właściwego odczytania woli powszechnej, tego, co jest rzeczywistą racją stanu, dokonać może jedna osoba, bez zasięgania opinii ciała obywatelskiego. Być może ta myśl zdolna jest naświetlić logikę myślenia filmowego Churchilla. Aby podjąć odpowiednią decyzję dotyczącą losów wspólnoty, należy trafnie rozpoznać wolę powszechną. Przywództwo demokratyczne, za którym wielu tak tęskni w czasach Trumpa i brexitu, nie oznacza bezmyślnego i brutalnego narzucania ludziom własnej woli. Jest raczej umiejętnością dostrzeżenia i wydobycia z ludzi tego, co sprzyja dobru wspólnemu. W tym wymiarze miejsce po Churchillu – zwłaszcza tym wyobrażonym – wciąż pozostaje puste.

Darkest Hour (2017)
reż. Joe Wright

Dodaj komentarz