Otchłań, która patrzy na ciebie

The Abyss, czyli otchłań

The Abyss, czyli otchłań

Kiedy spogląda się w głąb Wielkiego Kanionu, łatwo zrozumieć dumę, którą ze swojej ojczyzny odczuwają Amerykanie. Mieszkańcy kraju, w którym znajdują się tak niesamowite miejsca, mają prawo czuć się wyjątkowi, nawet jeśli reszta świata tego nie lubi.

Zatrzymaliśmy się na dwie noce w Grand Canyon Village, niewielkiej osadzie turystycznej położonej na zachodniej krawędzi Wielkiego Kanionu. Gdyby ta wioska leżała w polskich Tatrach, byłaby przestrzenią skolonizowaną przez komercję, z dziesiątkami szpetnych budek i kramów pełnych tandety. W Grand Canyon Village jest kilka sklepów z pamiątkami, mieszczą się jednak w stylowych, drewnianych chatach; nie ma tak charakterystycznej dla naszych miejscowości turystycznych „małej gastronomii”, są za to eleganckie w swojej kolonialnej prostocie restauracje w poszczególnych lodge’ach, jak nazywane są domy z kamienia i drewnianych bali.

Wielki Kanion

W polskich Tatrach dojazd do punktów początkowych poszczególnych szlaków zapewnia wolny rynek: o klienta walczą dziesiątki firm transportowych, przewożących turystów mknącymi zawrotnym tempem busami, byle szybciej, byle zrobić jak najwięcej kursów w ciągu jednego dnia. W Ameryce, uznawanej za symbol wolnego rynku, przewóz na przestrzeni kilkunastu mil wzdłuż południowej krawędzi Wielkiego Kanionu, nie dość, że jest zmonopolizowany przez państwo, to jeszcze do tego bezpłatny.

El Tovar Lodge

El Tovar Hotel

Autobusy czterech kolorowych linii jadą po terenie parku narodowego z prędkością nie większą, niż 25 mil na godzinę, dowożąc podróżujących do kilkunastu punktów widokowych. A w autobusach – scenki niczym z propagandowych filmów, pomyślanych jako agitacja na rzecz amerykańskiej way of life: kierowcy obojga płci i każdego koloru skóry nie tylko zapowiadają kolejne przystanki, informując o znajdujących się przy nich atrakcjach, ale jeszcze do tego wchodzą w sympatyczną interakcję z turystami. Nasze serca podbił kierowca autobusu, którym wracaliśmy po południu do hotelu. Żartobliwie karcił przekraczających prędkość kierowców prywatnych samochodów (można nimi dojeżdżać w wiele miejsc, monopol sieci autobusowej jest więc niezupełny), do zapowiedzi przystanków wtrącał historyczne anegdoty, przepraszając jednocześnie za swoje gadulstwo (jak tłumaczył, tak się dzieje z człowiekiem, który każdego dnia krąży w kółko po tej samej trasie). I, rzecz niesłychana, czekał na spóźnialskich, nadbiegających w ostatniej chwili pasażerów.

Autobus niebieskiej linii

Oczywiście, w każdym kraju, także w Polsce, spotkać można ludzi sympatycznych i zadowolonych ze swojego miejsca pod słońcem. W Ameryce jest ich chyba, w przeliczeniu na tysiąc mieszkańców, trochę więcej. Takich jak pracownik stacji benzynowej w Williams, który sprzedając nam paliwo dopytywał się, czy aby na pewno mamy ciepłą odzież i zarezerwowany pokój, bowiem temperatura przy Wielkim Kanionie spadnie poniżej 20 stopni Fahrenheita. Zawsze można powiedzieć, że to uprzejmość handlowca liczącego w zamian na większy napiwek. Albo że wszystko to, co wyżej napisałem, to naiwny zachwyt omamionego pozorem uprzejmości, a w istocie dojonego z pieniędzy turysty. Ale nawet jeśli tak jest, nie zmienia to faktu, że sytuacje, które w Polsce zwykle kończą się załatwieniem sprawy odmownie („nie mamy pańskiego płaszcza, i co pan nam zrobi?!”), tutaj nie urastają do rangi nie dających się przeskoczyć problemów. Nawet w okolicach uskoku tak nieprzeskakiwalnego jak Wielki Kanion. (Cienka to ironia, wiem, ale jako rasowy grafoman nie mogłem się powstrzymać.)

Lookout Studio

Lookout Studio

Rzecz jasna nie oznacza to – czego doświadczyłem na własnej skórze – że nie ma tu ludzi pragnących zdyskontować kapitał społecznego zaufania do niecnych celów. Nie oznacza to też, że za tym kapitałem stoi wielce skomplikowana intelektualnie ideologia. Ona jest, ale – skoro pojąć ma ją przeciętny Joe „The Sixpack” – ma charakter kilku pragmatycznych, zrozumiałych zasad. Takich jak te zapisane w Bill of Rights, 10 poprawkach do konstytucji, które Penn i Teller sprzedają za kilka dolarów w postaci metalowej blaszki. Jako libertarianie traktują to jako walkę o prawa obywatelskie: metalowa blaszka, umieszczona w kieszeni, włącza alarm w bramkach wykorzystywanych do kontroli na lotniskach. Skoro Bill of Rights, wśród których zapisana jest m.in. gwarancja nietykalności osobistej (czwarta poprawka to zakaz nieuzasadnionego przeszukania i aresztowania), powoduje alarm, to w jakim państwie żyjemy, pytają demagogicznie (choć nie zupełnie bez podstaw) magicy?

Wielki Kanion

Dość publicystyki. Nasz dzisiejszy spacer wzdłuż krawędzi kanionu nie był może najbardziej ambitnym przedsięwzięciem turystycznym w historii, ale z kilku względów (wśród nich – wykluwająca się u mnie, przywieziona jeszcze z Polski grypa) musiał nam wystarczyć. Gdybyśmy byli tu jeszcze jeden dzień, z pewnością spróbowalibyśmy wybrać się jednym ze szlaków w głąb kanionu, najchętniej aż na samo jego dno, a więc do lustra rzeki Colorado. Skoro jednak chcemy zobaczyć jak najwięcej, opuścić musimy to zachwycające miejsce. Dziś ruszamy do samego serce kraju Indian Navajo – Doliny Pomników.

Dodaj komentarz