Pieniądze to wszystko

Pytanie, czy o tym filmie byłoby tak głośno, gdyby nie będące pokłosiem skandalu seksualnego zastąpienie Kevina Spacey’ego Christpherem Plummerem wydaje się tyleż interesujące, co nierozstrzygalne. Faktem jest, że kanadyjski aktor błyszczy na tle reszty wyjątkowo drewnianej obsady, znacząco podnosząc wartość tej dość sztampowej historii o uprowadzeniu.

Być może najciekawsze we „Wszystkich pieniądzach świata” jest nie to, co dzieje się na ekranie, lecz właśnie okoliczności towarzyszące produkcji filmu. Są one w przewrotny sposób symboliczne. Film, który opowiada o człowieku ogarniętym obsesją zarabiania pieniędzy, nie potrafiącym dostrzegać innych, poza nimi, miar wartości, zanim jeszcze powstał, stał się ofiarą finansowej kalkulacji producentów.

Kiedy świat usłyszał o zarzutach kierowanych wobec Kevina Spacey’ego, film był już gotowy i oczekiwał na premierę. W nowych okolicznościach ta ostatnia mogła się nie odbyć – filmowi groziło, że trafi do szuflady. Reżyser Ridley Scott decyzję o zaangażowaniu Christophera Plummera podjął natychmiast, w ciągu paru tygodni kręcąc na nowo i montując sceny, w których pojawia się postać J. Paula Getty’ego. Przy tej okazji można było się dowiedzieć, że Scott właśnie w Plummerze widział od samego początku odtwórcę roli słynnego miliardera. Wybór ten zakwestionowało studio filmowe, uznając, iż – jakaż to z dzisiejszej perspektywy smakowita ironia – nazwisko Spacey’ego jest bardziej rozpoznawalne, a przez to bardziej kasowe.

Skandal związany z pieniędzmi wybuchł też kilka tygodni temu, kiedy prasa ujawiła, jak ogromne były dysproporcje w wynagrodzeniu otrzymanym przez głównych aktorów za wystąpienie w nakręconych ponownie scenach. Marky Mark (dziś pragnący uchodzić za niejakiego Marka Wahlberga) miał protestować przeciwko usunięciu z filmu Spacey’ego – dopóki nie zaproponowano mu kwoty 1,5 miliona dolarów (ponad zarobione już wcześniej 5 milionów). Z kolei grającej główną rolę kobiecą – i, nie wiedzieć czemu, nominowanej za to do Oscara – Michelle Williams wypłacono jedynie 800 dolarów za każdy dodatkowy dzień zdjęciowy. Ostatecznie, pod wpływem opinii publicznej, Wahlberg przekazał swoje honorarium na wsparcie ruchu Time’s Up.

Zapomnijmy jednak na chwilę o tych zewnętrznych wobec ekranowej historii zdarzeniach, albowiem Ridley Scott mówi swoim filmem rzeczy ważne dla naszego tu i teraz, a zatem czasu wzrostu dysproporcji majątkowych, za który odpowiada w dużym stopniu dziedziczenie fortun. Opowieść o porwaniu dla okupu wnuka J. Paula Getty’ego, magnata naftowego, który w latach 60. uchodził za najbogatszego człowieka na świecie (lecz nie najbogatszego w historii świata, co twierdzi się w filmie), sama w sobie składa się z elementów znanych z dziesiątek innych, podobnych filmów. Ciekawy i przenikliwy wydaje się natomiast sposób ukazania stosunku Getty’ego do ludzi, pieniędzy i sztuki.

Z pewnością postać miliardera, który ze skąpstwa sam prał własne skarpetki, a w swojej rezydencji zamontował dla gości automat telefoniczny na monety, uznana przez wielu zostanie za godną naśladowania. W końcu pieniądze mają podobno ci, którzy w lekkomyślny sposób ich nie wydają. Jeśli jednak odrzucimy to powierzchowne i, w gruncie rzeczy, fałszywe twierdzenie, możemy zacząć zastanawiać się, jakiego rodzaju żądze spowodowały, że mizantrop Getty był jednocześnie właścicielem ogromnej liczby dzieł sztuki. Czy był to jedynie sposób ograniczającego płacenie podatków lokowania kapitału? A może jednak była to tęsknota za czymś więcej – tęsknota, która doprowadziła do wybudowania w Kalifornii repliki rzymskiej willi?

Decyzją spadkobierców, kolekcja dzieł sztuki udostępniana jest dziś nieodpłatnie turystom, którzy licznie odwiedzają zarówno rzymską willę w Malibu, jak i Centrum Getty’ego, położone na wzgórzach ponad Los Angeles. Film Ridleya Scotta sugeruje, że J. Paul Getty byłby tym faktem niepocieszony.

All the Money in the World (2017)
reż. Ridley Scott

Dodaj komentarz