Półbóg w konfesjonale

„Listen to Me Marlon” to hołd dla jednego z najsłynniejszych aktorów w historii kina, potwierdzający należny mu status wielkiego reformatora gry aktorskiej oraz legendę człowieka poszukującego niemożliwego spełnienia.

Na tę nietypową (auto?)biografię składają się w większości framenty taśm nagranych przez samego Marlona Brando. Nie wiadomo, czy warunkiem postawionym przez spadkobierców aktora było wykorzystanie nagrań do stworzenia laurki, lecz tak właśnie się stało. Owszem, Brando zostaje uczłowieczony, lecz pozostaje przynajmniej półbogiem, żyjącym inaczej od zwykłych śmiertelników, rozumiejącym świat lepiej, śmielej sięgającym po wszystko, czego pragnął.

Buntownik z wyboru

Nie znaczy to, że dokument jest słaby. Wręcz przeciwnie, chronologicznie opowiedziane losy aktora ogląda się z rosnącą fascynacją. Brando wydaje się odsłaniać przed widzami całkowicie, spowiadając się nam z prywatnych dramatów i zawodowych pomyłek.

Albowiem obok triumfów, które na początku kariery uczyniły z niego największą ikonę (na równi z Jamesem Deanem) nowego, zbuntowanego pokolenia, Brando ponosił wiele porażek. O ile w latach 50. kolejnymi rolami w filmach takich jak „Tramwaj zwany pożądaniem”, „Dziki” czy „Na nabrzeżach” (za które został nagrodzony Oscarem) dowiódł niespotykanego geniuszu, rewolucjonizując przy tym metodę gry aktorskiej, o tyle w kolejnej dekadzie, przynajmniej od czasu „Buntu na Bounty”, w oczach opinii publicznej (oraz, co ważniejsze, we własnym przekonaniu) zaczął rozmieniać talent na drobne.

Z emigracji na Tahiti oraz tej wewnętrznej powrócił Marlon w wielkim stylu w „Ostatnim tangu w Paryżu” Bertolucciego oraz w „Ojcu chrzestnym” Coppoli. W jego własnej narracji zaskakuje przy tej okazji ogromna niepewność, z jaką podjął się zagrania w drugim z tych filmów. Po licznych klapach z lat 60. był wówczas w Hollywood na cenzurowanym i musiał przejść casting. Pamiętał jednak o słowach swojej mentorki, Stelli Adler, która mówiła, że aktor nie może okazać na scenie braku pewności siebie. Dlatego wypchał sobie policzki watą i zagrał rolę, która przeszła do historii.

Maska i autentyczność

W kolejnych latach, poza występem w „Czasie apokalipsy”, Brando nie odniósł już nigdy równie spektakularnych sukcesów. Rodzinne tragedie – morderstwo popełnione przez syna, samobójcza śmierć córki – i podupadające zdrowie uczyniły z niego cień dawnego giganta i króla życia. Żartował, że chciałby, by w trumnie umieszczono mikrofon. Gdyby nagle przebudził się, mógłby powiedzieć – „spróbujmy jeszcze raz”. Życie było dla niego, podobnie jak dla Kundery w „Nieznośnej lekkości bytu”, wielką improwizacją, przymiarką do innego, „prawdziwego życia”.

Jednym z powracających motywów filmu jest bowiem poszukiwanie autentyczności. Brando gardził zakłamaniem, zarówno artystycznym jak i politycznym, wspierając czynnie działania na rzecz równouprawnienia Afroamerykanów oraz Indian, jak wtedy, gdy ustami Sacheen Littlefeather odmówił przyjęcia Oscara za rolę Vita Corleone. Świadom był zarazem, że nie tylko wykonuje zawód wymagający od niego noszenia coraz to innych masek, lecz także, że jest to jego prawdziwy talent. „Gdybym nie został aktorem, byłbym hochsztaplerem”, stwierdza w pewnym momencie. W podobny paradoks wikła się sam dokument, na pozór zaglądający poza wykreowany przez kino wizerunek wielkiego aktora, lecz zarazem zaskakująco mało obrazoburczy.

Na odrębną recenzję zasługuje miejsce, w którym obejrzeliśmy film. W głębokich, wygodnych fotelach kameralnej sali Bertha Dochouse kina Curzon w londyńskim Bloomsbury chciałoby się zostać na dłużej. Z pewnością tam jeszcze wrócimy.

Listen to Me Marlon, 2015
reż. Stevan Riley

Dodaj komentarz