Przez góry i doliny: z Beatty do Las Vegas [zdjęcia]

Minął dopiero trzeci dzień naszej podróży, a wrażeń zgromadziliśmy już tyle, jakby upłynęły przynajmniej dwa tygodnie. Dziś na naszej trasie było kilka kluczowych punktów.

1. Beatty, Nevada


Miasteczko, w którym po długiej jeździe przez pustynię znaleźliśmy wczoraj nocleg. Wstaliśmy wcześnie, zapakowaliśmy walizki z powrotem do samochodu, i podjechaliśmy na śniadanie do leżącego po drugiej stronie drogi baru Mel’s Diner. Zamówiliśmy coś, co nazywało się Ham Steak i rzeczywiście okazało się być stekiem z ogromnego plastra szynki. Kuriozalne (to słowo będzie dziś wracać), ale smaczne. Podawane z dwoma jajkami, dwoma dużymi tostami i ziemniakami.


Po śniadaniu podjechaliśmy jeszcze po paliwo (3,59$ za galon). W gromadzącym kilka różnych sklepów mini-mallu zakupiliśmy także kilka pamiątek. Gdy sprzedawca dowiedział się, że jesteśmy z Polski, rozpromienił się i wymienił dwa polskie zwroty, które zna: „jak się masz” oraz „sto lat”. Okazało się, że on sam jest polskiego pochodzenia i zawsze bardzo chciał odwiedzić kraj przodków. (Stosowne przysłowie a propos tego spotkania proszę sobie dopowiedzieć we własnym zakresie.)

Ruszyliśmy na północ. Po kilkudziesięciu milach skręciliśmy na zachód, przekraczając najpierw granicę parku narodowego Doliny Śmierci, a potem także tę stanową, pomiędzy Californią a Nevadą.

 

2. Scotty’s Castle

Jedna z głównych atrakcji turystycznych leżących na terenie parku narodowego to coś, co w Polsce nazwano by „gargamelem”. Willa, wybudowana na początku XX w. przez bogatego biznesmena z Chicago, Alberta Johnsona, jest miejscem kuriozalnym z rozlicznych względów. Po pierwsze, zostało pomyślane jako komfortowa wakacyjna rezydencja, a mieści się pośród pustynnych wzgórz w ogromnym oddaleniu od innych osad – na początku poprzedniego stulecia dojazd kosztował wiele czasu i zachodu.

Po drugie, nosi imię oszusta i malwersanta. Tak – Scotty, czyli Walter Scott (nie mylić ze słynnym pisarzem), to taki amerykański i wczesnodwudziestowieczny odpowiednik właściciela Amber Gold. On także obiecywał niesamowite zyski ze złota, które ponoć miał wydobywać ze swojej kopalni, mieszczącej się w Dolinie Śmierci. Używając kilku ziaren tego cennego kruszcu, poszukiwał bogatych inwestorów, skłonnych powierzyć mu odpowiednio wysoką kwotę na rozpoczęcie regularnego wydobycia. Jednym ze złapanych w ten sposób jeleni był wspomniany Albert Johnson. Long story short: mimo, że Johnson zorientował się w końcu, że Scotty to hochsztapler i bajkopisarz, dwaj panowie pozostali serdecznymi przyjaciółmi. A zameczek, wybudowany przez Johnsona dla żony, właściwej gospodyni tego miejsca, stał się miejscem, w którym często przebywali.

Wnętrze willi jest obciachowe. Zbudowana ona została z betonu, ale wnętrza udekorowano sprowadzanymi z Europy antykami. Największe wrażenie na zwiedzających wraz z nami Amerykanach zrobiła ciężka skrzynia z XVI wieku, jakich wiele w polskich muzeach. Nadpobudliwa przewodniczka (odgrywająca przed nami a to Scotty’ego, a to Johnsona, a to jego żonę) stwierdziła przenikliwie, że „ta skrzynia jest dłużej skrzynią, niż Stany Zjednoczone państwem”.

Jakby tego było mało, na sam koniec wycieczki po rezydencji trafiliśmy do pokoju muzycznego, w którym Johnsonowie oddawali się grze na fortepianie i gitarze. By zademonstrować zamontowane tam nagłośnienie, przewodniczka nacisnęła ukryty w ścianie przycisk. Z głośników poleciał marsz „The Liberty Bell”, znany także jako… temat przewodni „Latającego Cyrku Monty Pythona” (I’m not shittin’ ya!). Czysty surrealizm, którego chyba jednak nikt poza nami nie dostrzegł. Ja uśmiałem się jednak po pachy.

Opuściliśmy to niesłychane miejsce i skierowaliśmy się na południe.

 

3. Zabriskie Point

Uwieczniony w filmie Michelangelo Antonioniego Zabriskie Point odwiedziliśmy dzień wcześniej, jednak jak pisałem, nie zdecydowaliśmy się tam przenocować. Dziś na miejsce dotarliśmy po godzinie 13.00. Widok roztaczający się z wzniesienia jest zaiste spektakularny.

 

Nie odnotowaliśmy jednak oddających się uciechom cielesnym par, a nam też – wobec dziesiątek turystów z Włoch, Rosji, Chin czy Hiszpanii – było wstydno.

 


 

Popkulturowych odniesień związanych z Zabriskie Point (nazwanym tak dla upamiętnienia potomka polskiego rodu Zaborowskich) jest oczywiście więcej. Choćby to, że potomkini Zaborowskich, Grace Zabriskie, należy do ulubionych aktorek Davida Lyncha – grała m.in. matkę Laury Palmer w „Miasteczku Twin Peaks”.

Chcieliśmy być w Las Vegas przed zachodem słońca, dlatego bez zbędnej zwłoki wyruszyliśmy dalej na południowy zachód. W nocy spałem krótko, dlatego chciałem odrobić to w samochodzie, jednak, ku mojej irytacji, krajobrazy były ciągle tak fascynujące, że żal mi było zamykać oczy.

 

Około 16.00 zatrzymaliśmy się w sieciowej restauracji Denny’s w miejscowości Pahrump. Dlaczego ja zawsze zapominam, że porcje jedzenia w USA są tak ogromne? Trzydaniowy obiad (zupa, zapiekanka mięsno-warzywna, deser) kosztuje niecałe 10 dolarów.

 

Aby dotrzeć do Las Vegas, musieliśmy minąć jeszcze jedno pasmo górskie – Spring Mountains. Tuż za nim naszym oczom ukazało się ono: Miasto Grzechu.

 

 

4. Las Vegas

Było przed 19.00, kiedy dotarliśmy do Las Vegas Strip, czyli centralnej dzielnicy kasyn i hoteli. Co tu dużo mówić: filmy nie kłamią. Mimo dużego ruchu, dość sprawnie dojechaliśmy do hotelu MGM Grand. Samochód zostawiliśmy na wielopoziomowym parkingu, a sami, podziemnym tunelem, udaliśmy się do hotelu.

MGM Grand to jedno z największych kasyn świata. Automaty do gry stoją już w hotelowym lobby. Zameldowaliśmy się w skromnym, choć wygodnym pokoju w Zachodniej Wieży. I, po szybkim odświeżeniu, opuściliśmy hotel, tego wieczoru czekała nas bowiem jeszcze jedna atrakcja.

 

5. Penn & Teller

Penn i Teller to znani za oceanem magicy, komicy i libertarianie. Są mistrzami sztuki magicznej, którą zabarwiają jednak dowcipem (dlatego wybraliśmy ich, a nie tańszego i występującego w MGM Grand Davida Copperfielda). Nie stronią od ujawniania sposobów, w jakie wykonują poszczególne numery, co nie zmniejsza jednak w żaden sposób podziwu dla ich zmyślności.

Od 12 lat Penn i Teller występują w audytorium swojego imienia w kasynie Rio. Dotarliśmy tam taksówką (12$ + tip). Odebraliśmy zakupione wcześniej bilety i udaliśmy się do przestronnej sali. Dostaliśmy więcej, niż oczekiwaliśmy. Przedstawienie składało się z numerów nowych i starych, część z nich zobaczyć można na YouTube – jak choćby klasyczny numer z przepiłowaniem asystentki.

Co jednak niezwykle sympatyczne, to fakt, że po skończonym show, obaj panowie czekali na widzów w lobby, chętnie (choć oddzielnie) pozując do zdjęć i rozdając autografy. My także zrobiliśmy sobie zdjęcie z jednym i drugim magikiem.

Byliśmy potwornie zmęczeni. Ustawiliśmy się przed wejściem do hotelu w kolejce oczekujących na taksówkę. Kilkanaście minut później byliśmy znów w MGM Grand. Choć automaty mrugały do nas znacząco, nie mieliśmy już siły tracić w nich pieniędzy. Jeszcze jutro będzie na to szansa.

C.d.n.

Dodaj komentarz