Scream for me Rio de Janeiro!

Być może prawdą jest, że grupa Iron Maiden największe triumfy święciła w latach 80. Jednak to właśnie „Rock in Rio” z 2001 roku stanowi dla mnie punkt kulminacyjny w kilkudziesięcioletniej karierze zespołu.

Na to niezwykłe widowisko składa się i szaleńcza energia Bruce’a Dickinsona, i ściana gitarowych riffów tria Murray-Smith-Gers, i galopujący bas Steve’a Harrisa, i pełen humoru oraz lekkości styl gry Nicko McBraina. Rezultat jest oszołomiający: trwające prawie dwie godziny show ani na moment nie traci impetu, wprawiając w zachwyt 250-tysięczną publiczność – i nas, słuchających, a najlepiej oglądających nagranie koncertu.


Setlista jest skonstruowana perfekcyjnie. Obok wielu świetnie brzmiących utworów z najnowszej wówczas płyty Brave New World, obliczonych właśnie na okazję wielotysięcznych koncertów, grupa przypomina, oczywiście, wiele ulubionych przez fanów piosenek z „Fear of the Dark” na czele – absolutnym clou wieczoru. Jakby tego jednak było mało, pojawiają się dwa utwory z płyt nagranych w latach 90., kiedy wokalistą zespołu był Blaze Bayley. W wykonaniu Dickinsona brzmią przynajmniej równie doskonale jak największe klasyki Ironów.

O tym, jak fantastyczny jest to koncert, przypominam sobie co kilka miesięcy, włączając na chybił-trafił jedną z zagranych wówczas piosenek. I bez względu na to, czy jest to Dream of Mirrors, czy The Sign of the Cross, upewniam się zawsze, że był to wieczór magiczny, kumulujący w sobie nie tylko ponad dwie dekady doświadczenia scenicznego zespołu, lecz także entuzjazm wynikający z powrotu do grupy Bruce’a Dickinsona.

Ujmując rzecz za pomocą popkulturowego skrótu myślowego: koncert Iron Maiden na Rock in Rio w 2001 roku uznać należy za odpowiednik występu Queen na Live Aid w roku 1985.

Dodaj komentarz