Siedemdziesiąt pięć minut od Europy

Kiedy wybierasz się w podróż tak daleką jak nasza – a nasza to najpierw 9,5 tys. km powietrzem, a potem 1,7 tys. mil lądem – musisz przygotować się na nieprzewidziane wydarzenia. Złośliwą ironią jest jednak sytuacja, kiedy pierwsza, niezbyt miła przygoda przytrafia się nie w odległych krainach, lecz kilka kilometrów od domu.

Choć może nie ma co dramatyzować (w końcu loty bywają odwoływane), to jednak utrata całego dnia za oceanem boli (i nie chodzi o to, że przepadło nam 180 dolarów za hotel; szczęśliwie wypożyczenie samochodu udało się telefonicznie przesunąć). Jak dobrze, że poniedziałek zaplanowaliśmy jako dzień na aklimatyzację! Obejdziemy się bez niej, od razu wyruszymy w drogę.

(Przez głowę przemknęła mi „racjonalizacja”: zapewne Bóg tak chciał, samolot do Los Angeles, który odleci bez nas, wpadnie w chmurę burzową nad atakowanym przez zimę wschodnim wybrzeżem USA i wbije się w ziemię w okolicy Newark. Zacząłem już nawet rozpaczać, jak poradzę sobie z syndromem ocalonego, oczami wyobraźni widziałem, jak spowiadam się, pociągając nosem, w programie Ewy Drzyzgi lub Węglarczykowi w Dzień Dobry TVN. W porę przyszła jednak myśl otrzeźwiająca: przecież Boga nie ma.)

A oto jak wyglądał przebieg wypadków. Dokładnie w chwili, gdy przyjechaliśmy na lotnisko, otrzymałem SMS z informacją, że nasz lot do Monachium, skąd mieliśmy lecieć dalej do Los Angeles, został odwołany. Powód: przewoźnik (Augsburg Airways, podwykonawca Lufthansy; zapamiętać!) „nie uzyskał maszyny” (tak, albo jakoś podobnie, brzmiało oficjalne kłamstwo).

W punkcie informacyjnym, tradycyjnie po polsku, rozłożono ręce: jedyne, co oni mogą zrobić, to przebukować nam lot na kolejny dzień, czyli na poniedziałek. Co z zapłaconym hotelem? Kto nam zwróci koszty? No o to, to musimy się pytać w punkcie informacyjnym Lufthansy, tzn. u sympatycznej pani kilkadziesiąt metrów dalej. Oczywiście, sympatyczna pani poinformowała nas jedynie, że nie jest wcale przedstawicielem Lufthansy i, tradycyjnie po polsku, rozłożyła ręce: jedyne, co ona może zrobić, to wręczyć nam karteczkę z numerem, pod który możemy zadzwonić. A na karteczce napisano, że najbliższe biuro Lufthansy, do którego mamy się zwracać, jest w Liverpoolu… (A taras widokowy – we Wrocławiu, znamy te chwyty).

Po krótkim zastanowieniu stwierdziliśmy, że wobec braku gwarancji, iż sytuacja się jutro nie powtórzy, wolimy polecieć do Monachium późniejszym lotem jeszcze w niedzielę. Choć może nie zmieni to faktu, że lot do Los Angeles będzie dopiero następnego dnia po godz. 15.00, to lepiej być bliżej Ameryki niż dalej od niej.

Tak też zrobiliśmy: o 15.05 wylecieliśmy od Monachium, gdzie wylądowaliśmy w godzinę i kwadrans później. Odebraliśmy bagaż i, raczej z poczucia obowiązku względem siebie, niż z nadzieją, że cokolwiek uzyskamy, udaliśmy się do punktu Lufthansy. Sympatyczny pan powiedział nam (po polsku), do którego stanowiska powinniśmy się udać. A tam równie sympatyczny pan (chciałbym być genderowo poprawny, ale co ja poradzę?), bez zbędnych wyjaśnień i zwłoki, dał nam voucher na bezpłatny nocleg z kolacją i śniadaniem w hotelu Sheraton. Skąd piszę niniejsze słowa.

Nasza niewesoła przygoda ma zatem choć ten jeden pozytywny aspekt: wprawdzie dolary i dzień w Hollywood nam przepadły, ale odkryliśmy, że Europa jest od Polski oddalona jedynie o około siedemdziesiąt pięć minut.

Dodaj komentarz