Słowo roku

Słownik Merriam-Webster uznał „surreal” za słowo roku 2016. Znacznie lepsza to decyzja niż oksfordzka nobilitacja potworka „post-truth” (czyt. „kłamstwo”). Ja jednak mam jeszcze inną propozycję.

Spośród językowych nowotworów, pozwalających opisać Zeitgeist kończącego się roku, najbardziej odpowiada mi chyba trochę niezgrabna, lecz mająca w sobie przebłysk geniuszu „yestalgia”. Słowo to odnosi się nie tylko do popkulturowej tęsknotę do dzieł nieobciążonych postmodernistyczną, opartą na logice podejrzeń refleksją etyczną (stąd np. sukces naiwnego w tym względzie serialu „Stranger Things”), lecz także do reakcyjnych nastrojów politycznych, które skutecznie wyzyskał Trump czy brexitowcy.

Jedno z drugim jest zresztą ściśle sprzężone: cudowne lata 80., gdy toczy się akcja „Stranger Things” odpowiadają (także wizualnie) narracji politycznej pt. „Make America Great Again”, której jasnym (pun intended) odniesieniem są słoneczne poranki w małych, prowincjonalnych miasteczkach, przedstawiane w Reaganowskich spotach z cyklu „It’s morning again in America”. (Modernistyczne „Stranger Things” tylko pozornie przypomina postmodernistyczne „Twin Peaks”; w przypadku serialu Frosta i Lyncha zło jest nieesencjalne, dopaść może każdego – w „Stranger Things” podział na dobro i zło jest sztywny i oczywisty).

Pamiętać jednak trzeba, w kontekście tegorocznych wyborów w USA, że także Hillary Clinton oferowała przekaz „yestalgiczny”, odwołujący się jedynie do innej dekady – lat 90., szczęśliwego czasu Clintonowskiej triangulacji, nadwyżki budżetowej i iluzji triumfu demoliberalizmu. Nawet określana mianem progresywnej platforma Berniego Sandersa nie wychodziła de facto poza ramy New Dealu czy Great Society (albo – jak kto woli – klasycznie socjaldemokratycznego welfare state).

Czy jest sens to zorientowanie na przeszłe – realne bądź mityczne – wzorce próbować sprowadzać do jakiegoś wspólnego mianownika? Jeśli odpowiemy na to pytanie twierdząco, zastanowić się możemy, czy przyczyną tej entuzjastycznej tęsknoty nie jest (podświadomie) przyjmowane i, zarazem, (deklaratywnie) odrzucane przekonanie o osiągnięciu końca możliwości progresu cywilizacyjnego? W tym sensie „yestalgia” byłaby reakcją na nieskuteczność retoryki teoretyków „społeczeństwa ryzyka” czy „zrównoważonego rozwoju”, które usiłują stworzyć pozór kontroli społeczeństw Zachodu nad swoim losem.

„Yestalgię” uznać można za przejaw tego samego dążenia do zapewnienia samokontroli – wiem, że dość niebezpiecznie zbliżam się tu do wulgarnego freudyzmu – poprzez odwołanie do kategorii i modeli rzeczywistości, które dobrze znamy. Osobiście sądzę, że ta kontrrewolucja szybko się nie zakończy, a więc i „yestalgia” jest pojęciem, które warto wpisać do naszego słownika.

Dodaj komentarz