Śmiertelnie zmęczeni drogą do i przez Death Valley

Nie zdążyliśmy przed zapadnięciem zmroku dotrzeć do Zabriskie Point w Dolinie Śmierci. Trasa zajęła nam nieco więcej czasu, niż zakładaliśmy, bo okazała się bardzo wymagająca. Dziesiątki niebezpiecznych zakrętów tuż na skraju przepaści nieźle nas nastraszyły.

Wyruszyliśmy z Los Angeles po 9.30. Jadąc na północny wschód, z każdą kolejną pokonaną milą coraz bardziej zachwycaliśmy się krajobrazem. Ominęliśmy góry San Gabriel i odbiliśmy w kierunku północnym. Na horyzoncie zamajaczyło pasmo Sierra Nevada.

Zatrzymaliśmy się na chwilę w Antelope Valley Mall w Palmdale, gdzie zakupiliśmy kartę pre-paid umożliwiającą nam łączność z Internetem. Oczywiście tylko w tych miejscach, w których jest zasięg – zdradzę od razu, że w Dolinie Śmierci go nie ma.

Spodziewając się, że opuszczamy tereny jako tako cywilizowane, zatrzymaliśmy się na moment w pustynnej osadzie Inyokern, która przedstawia się skromnie jako „Sunshine Capital of America”. Zatankowaliśmy paliwo (4,05$ za galon) i poczyniliśmy drobne zakupy żywnościowe. Właścicielka stacji benzynowej stwierdziła, że w Dolinie Śmierci naprawdę nic nie ma – ona sama była tam w dzieciństwie i nic nie zapamiętała. Życzyła nam jednak udanej podróży.

Nieco więcej problemów nastręczyło nam znalezienie miejsca, w którym zjeść można by obiad. Pierwsza napotkana hamburgerownia okazała się być zamknięta na cztery spusty, w kolejnej wyniknęła jakaś awaria. Indiańska kelnerka poleciła nam jednak odległą o 10 minut jazdy pizzerię. Pojechaliśmy we wskazanym kierunku i dotarliśmy do nieco większego miasteczka Ridgecrest. Pizzeria była tuż przy drodze. Zamiast pizzy wybraliśmy jednak spaghetti with meatballs (1105 kcal – informuje się klientów lojalnie w menu). Było przepyszne!

Niestety przez zamieszanie z obiadem później, niż to planowaliśmy, ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw skręciliśmy w niewłaściwą trasę, o czym przekonaliśmy się po kilkuset metrach przy budce strażniczej – okazało się, że to droga na jeden z poligonów (jest ich tutaj kilka i wszystkie zajmują ogromne przestrzenie). Żołnierze pogrozili nam żartobliwie karabinami M16 i kazali zawrócić.

Jadąc trasą nr 395, tuż u podnóży górskich, dotarliśmy do skrzyżowania z drogą 190, która poprowadziła nas na wschód, ku Death Valley. Słońce chowało się za szczytami górskimi, kiedy wjechaliśmy na teren parku narodowego Doliny Śmierci. Wrażenia nie do opisania, a zdjęcia nie oddadzą piękna tego kawałka Kalifornii.

Było już zupełnie ciemno, gdy dotarliśmy do Zabriskie Point – naszego punktu docelowego. Zatrzymaliśmy się na pustym parkingu i postanowiliśmy przenocować w samochodzie. Nie mogliśmy jednak usnąć na niezbyt wygodnych siedzeniach (jeepa się zachciało). Fakt, że oprócz nas na parkingu nie było nikogo (a ściślej: od czasu do czasu ktoś podjeżdżał, zatrzymywał się na kwadrans w niewiadomym celu, i odjeżdżał) nie dodawał nam otuchy. Około 22.00 stwierdziliśmy, że poszukamy motelu.

Łatwiej było powiedzieć, niż wykonać. Przejechaliśmy bez efektu chyba 70 mil, przekraczając granicę stanową Nevady i odwiedzając po drodze stację benzynową umiejscowioną obok przybytku o nazwie Alien Brothel („alien” z tego względu, że mieści się tuż przy słynnym poligonie doświadczalnym Area 51; „brothel” – bo to, poza wszystkim, chyba – nie sprawdzaliśmy! – zwyczajny burdel). Samo miejsce może nie bardzo, ale cena paliwa na stacji – przyzwoita (3,55$ za galon).

Była już późna noc, kiedy dotarliśmy do miasteczka Beatty, gdzie wreszcie znaleźliśmy nocleg. Obudziliśmy dzwonkiem właścicielkę i, za kwotę niespełna 80 dolarów, otrzymaliśmy pokój. Gdyby nie poczucie kronikarskiego obowiązku, padłbym już na twarz. Co tam, zaraz to uczynię. Dodam tylko, że jutro rano wracamy na Zabriskie Point, by zobaczyć to, czego dzisiaj zobaczyć nie zdołaliśmy.

C.d.n.

Dodaj komentarz