Stewart Lee – Archeologia Popkultury

Stewart Lee

soho-theatre

Nie sądzę, by socjologowie badający emigrację Polaków, w odpowiedzi na pytanie o powody wyjazdu do Anglii uzyskiwali często odpowiedź: „z przyczyn popkulturowych”. W moim przypadku ta właśnie odpowiedź wysuwa się na plan pierwszy. To przecież właśnie z anglosaską kulturą popularną czuję najsilniejszy związek i w Londynie, nareszcie, mogę doświadczać jej w sposób niezapośredniczony YouTubem.

Bliskich mojej wrażliwości estetycznej, popkulturowych atrakcji w Londynie nie brakuje. Wystarczy wsiąść do autobusu i pojechać do Soho na występ Stewarta Lee, którego przyjazdu do Polski raczej bym nie doczekał.

EMuESE98uMvMVSrB.jpg

Soho Theatre

Soho Theatre

Nadzorować i śmiać się

Prezentowany przez angielskiego komika typ humoru nie jest obliczony na masowy poklask. Wręcz przeciwnie: sceniczna persona Stewarta Lee to starannie wypracowany wizerunek lewicowego libertyna, z pogardą wypowiadającego się o tzw. general public, oglądającej Top Gear i narzekającej na polityczną poprawność. W błyskotliwy sposób zadaje zarazem kłam twierdzeniom, że terror politycznej poprawności zaprowadził nas do świata, w którym poczucie humoru skazane jest na banicję. Tak sądzić mogą tylko zwolennicy dowcipów najniższego lotu, ocierających się brzuchem o równo przystrzyżoną trawę faszyzmu. Tak, faszyzmu, albowiem zgodzić należy się z Johnem Cleesem, który za Bergsonem śmiech uznaje za rodzaj społecznej sankcji wywołanej bezwładnością ludzkiego zachowania. Śmiejemy się z automatyzmu działania bądź myślenia po to, by dotkniętego owym automatyzmem delikwenta nawrócić na właściwą drogę.

(Nawiasem mówiąc, niniejsze rozważania mogłyby stać się częścią książki, której zapewne nie napiszę, choć coraz wyraźniej rysuje się w mojej głowie jej plan. Rzecz zatytułowałbym The Public Sucks, Fuck Hope or What Stand-up Comedy Can Teach Us about Modern Politics, Culture and Capitalism /po angielsku, albowiem książka przeznaczona byłaby dla anglojęzycznych odbiorców. W Polsce krąg kojarzących anglosaski standup ciągle się poszerza, większość publiczności wybiera jednak polskie tzw. kabarety. Owszem, są także polscy standupowcy. Z kronikarskiej uczciwości obejrzałem kilku z nich w Internecie, utwierdzając się w opinii, którą posiadałem jeszcze przed obejrzeniem – że jest to żenada i strata czasu. Standup to, obok jazzu, jeden z niewielu wynalezionych przez Amerykanów gatunków sztuki i niech pozostanie domeną twórców anglojęzycznych/. Bohaterami mojej książki byłaby czwórka najciekawszych politycznie, moim zdaniem, komików standupowych ostatnich dekad: George Carlin, Bill Hicks, Louis CK oraz właśnie Stewart Lee.

fuck-hope-cover

Zaprojektowałem nawet okładkę do swojej nienapisanej książki

Każdy z nich w swoich monologach odnosi się /lub odnosił, jak w przypadku przedwcześnie zmarłego Hicksa i nieżyjącego od 2008 roku Carlina/ do szeregu problemów społeczno-politycznych z przenikliwością filozofów, co piszę z pełną świadomością częstego nadużywania wobec tak niepoważnych postaci szlachetnego miana miłośników mądrości. /Po pierwsze, wiele dróg prowadzi do Boga i czemużby standup nie miał być jedną z nich. Po drugie, to od czytelnika i jego erudycji zależy, czy zatrzyma się na wierzchniej warstwie humoru, czy też powiąże wyrażane przez komików intuicje z tym, o co pytają nas wielcy filozofowie/).

W przypadku Stewarta Lee, który karierę rozpoczął w końcu lat 80. jako jeden z tak zwanych alternatywnych komików i przez kolejną dekadę poszukiwał swojej scenicznej tożsamości, misją stało się uczenie publiczności humoru określanego czasem jako postironiczny. Najogólniej rzecz ujmując, polega on na nieustannym podawaniu w wątpliwość przyczyn naszego śmiechu. Jeśli przyjmiemy bergsonowskie rozumienie śmiechu i, przekładając je na język foucauldiański, dostrzeżemy, iż stanowi on jedną z technik dyscyplinowania, zrozumiemy, że staje się on często narzędziem wykluczenia.

Postironiczny standup antyislamistyczny

Stewart Lee ukazuje ten mechanizm poprzez nieustanną dekonstrukcję własnego monologu. Fragment jego występu w Soho Theatre wyglądał tak: najpierw stwierdził, że jest lewicowym, poprawnym politycznie komikiem, co skłania go do głębszego zastanowienia się nad wypowiadanymi przez siebie dowcipami. Następnie powiedział dowcip – chodziło w nim o to, iż ilekroć widzi czytającego muzułmanina, uznaje, że muzułmanin ten czyta Koran. Na samym końcu zdekonstruował całą swoją wypowiedź, mówiąc – zobaczcie, najpierw poczyniłem zastrzeżenie, że jestem lewicowym, poprawnym politycznie komikiem, potem, że nieustannie podaję w wątpliwość intencje tego, co mnie śmieszy, i dopiero wtedy powiedziałem dowcip, który – bez tego kontekstu – mógłby zostać uznany za islamofobiczny; wy, droga publiczności, dzięki mojemu wprowadzeniu, możecie się teraz bezkarnie śmiać.

Oczywiście sens tej wypowiedzi jest jeszcze bardziej subwersyjny: śmiech publiczności powinien być podszyty niepewnością, czy rzeczywiście stworzony przez komika kontekst usuwa islamofobiczną wymowę dowcipu; czy śmiejemy się ze stereotypowego myślenia Stewarta, automatycznie przyjmującego, że muzułmanie nie czytają nic, poza Koranem, czy też dlatego, że sami każdego muzułmanina uznajemy za religijnego fanatyka. Śmiech publiczności jest w związku z tym w swojej najgłębszej istocie reakcją na jej własne poczucie zagubienia i braku pewności. I taki śmiech jest o wiele bezpieczniejszy od preironicznego rechotu z odstępstwa od normy. Nie gubi zarazem swojej dyscyplinującej funkcji. Ta ostatnia służy jednak teraz wychowaniu do życia w pluralistycznym, wielokulturowym, wrażliwym na różnicę społeczeństwie.

Trwający niecałe półtorej godziny występ opatrzony był podtytułem „work in progress”. Lee testuje bowiem materiał do nowej serii emitowanego od kilku lat w BBC programu „Stewart Lee’s Comedy Vechicle”. Wieczór w Soho Theatre był więc także szansą, by przyjrzeć się pracy komika od strony warsztatowej.

Tropem Sherlocka

Żeby było popkulturowo ciekawiej, przed występem Stewarta Lee wybraliśmy się na kawę i ciastko do pobliskiej knajpy o nazwie Tapas Brindisa, która pojawiła się w pierwszym odcinku serialu „Sherlock”.

tapas-brindisa-soho

Restauracja hiszpańska Tapas Brindisa w Soho

sherlock-tapas-brindisa

Holmes na randce z Watsonem

Kończąc na tym, od czego zacząłem – popkulturowych odniesień w moich opowieściach z Londynu na pewno nie zabraknie. I o to chodziło.

Dodaj komentarz