„Syn Szawła”, czyli zbrodnia przeciw człowieczeństwu

Węgierski film jak chyba żaden inny zbliża widza do żaru pieca krematoryjnego. Jednak największa siła tego obrazu tkwi nie w podkreślanym w większości recenzji wizualnym realizmie, ale w zdolności opowiedzenia o Zagładzie w sposób zupełnie niepolityczny.

Jak każdemu współczesnemu człowiekowi, który nie ma zaszytych oczu i uszu, bliski jest mi temat Zagłady. Swoją wiedzę i wrażliwość na to fundacyjne dla ponowoczesności wydarzenie zawdzięczam lekturze m.in. Hannah Arendt, Zygmunta Baumana, Giorgio Agambena, Franciszka Ryszki oraz dziesiątek innych autorów, usiłujących zmierzyć się z tym, co choć niewyobrażalne, naprawdę się wydarzyło.

Wymienieni badacze zaprzątnięci są poszukiwaniem odpowiedzi na pytanie o procesy i mechanizmy społeczne i polityczne, które doprowadziły i umożliwiły realizację Zagłady. Dlatego ich analizy muszą zostać dopełnione próbami zgłębienia jednostkowego wymiaru „ostatecznego rozwiązania”. Nie możemy bowiem zapominać, że było ono nie tylko zbrodnią przeciw ludzkości, lecz w pierwszym rzędzie – przeciw człowieczeństwu. Ten drugi rodzaj zbrodni był – jakby ujęła to Hannah Arendt – warunkiem nie tylko sine qua non, ale i per quam ludobójstwa.

Ucieczka od polityki

Z tego względu nie naukowe czy filozoficzne, ale właśnie artystyczne usiłowania przeniknięcia tego, co dzieje się z człowiekiem w sytuacji krańcowej, są nieodzownym elementem dyskusji o zbrodniach nazistowskich. Śmiem twierdzić, że są one być może ważniejsze, pozwalają bowiem czytelnikowi lub widzowi na moment, choćby w krótkim przebłysku, uświadomić sobie indywidualny tragizm masowego mordu. Nie mam wątpliwości, że „Son of Soul” – którego najbliższym literackim odpowiednikiem są chyba opowiadania Borowskiego – należy do takich właśnie dzieł.

Tło fabularne filmu stanowią prawdziwe wydarzenia z jesieni 1944 roku w Auschwitz. Członkowie Sonderkommando, spośród których wyselekcjonowanych miało zostać i zabitych 300 osób, wzniecili wówczas bunt, dokonując próby wysadzenia jednego z pieców krematoryjnych. Rewolta została szybko zduszona, a tych, którym udało się uciec z obozu, schwytano jeszcze tego samego dnia.

Wypadki te są w filmie tłem także w innym sensie. Główny bohater, pochłonięty całkowicie własną misją – chęcią pochowania zgodnie z obrządkiem żydowskiego chłopca, którego Saul uznaje za swojego syna – pozostaje niewrażliwy na to, co dzieje się wokół niego. Jego postępowanie wydawać może się irracjonalne – jak wypomina mu jeden z towarzyszy, poświęca przecież żywych dla martwych. Jeśli jednak uwzględnimy totalne przewartościowanie wszelkich wartości w ramach przestrzeni obozu zagłady, cel, który przyjmuje sam dla siebie Saul, jest jedynym być może środkiem uratowania własnego człowieczeństwa.

Nie mordowaliśmy Żydów

Mimo polsko-węgierskiego zbliżenia politycznego, „Son of Saul” jest filmem, który nie mógłby powstać w Polsce. U nas temat Zagłady – podobnie jak każdy inny – niezmiennie wpisywany jest bowiem w bieżący spór polityczny (a może raczej plemienny). Linia podziału przebiega dziś wciąż pomiędzy obrońcami nieskalanego wizerunku Polski-ofiary a postępowymi zwolennikami przyznania się do winy za mordowanie Żydów czy kolonizowanie Ukrainy.

Obie postawy, choć diametralnie odmienne – tylko jedna z nich oparta jest na faktach historycznych – są mimo wszystko w pewnym sensie odmianami tego samego, postromantycznego mitu. I w jednej, i w drugiej pobrzmiewa mesjańska logika uszlachetniającego cierpienia. Prawicowa narracja jest jej wersją bardziej klasyczną, ale lewicowa wizja odkupienia grzechów na drodze ogólnonarodowej, działającej niczym psycho-, a raczej socjoterapia ekspiacji, jest równie arogancka. Co gorsza – jest mało skuteczna.

Tymczasem „Son of Saul” ucieka od tak rozumianej polityzacji dyskursu o Zagładzie. Zamiast poszukiwania winnych na poziomie grup społecznych czy narodów, proponuje refleksję nad jednostkowym człowieczeństwem. Przyjmując swoisty indywidualizm metodologiczny, który – mimo kontekstu tak ekstremalnego jak obóz zagłady – nie zdejmuje ciężaru odpowiedzialności za konsekwencje działań z pojedynczego człowieka, dociera do sedna nierozstrzygalności problemu etycznego Holocaustu i innych masowych zbrodni.

Albowiem i „denialiści”, i zwolennicy poglądu, iż „mordowaliśmy Żydów, kolonizowaliśmy Ukrainę”, podmiotem moralnym czynią metafizycznie pojmowany naród, zdolny do przyjmowania na siebie odpowiedzialności za czyny jednostek. Pierwsi usiłują zdjąć z narodu winę, drudzy – skłonić go do rachunku sumienia.

W obu przypadkach do czynienia mamy z niebezpieczną logiką odpowiedzialności zbiorowej. Oto współcześni Polacy uznani zostają za (nie)odpowiedzialnych za czyny popełnione przez Polaków żyjących onegdaj. O tym, jak bardzo jest to problematyczne, przekonać można się zadając pytanie, czy za kolonizację Ukrainy odpowiedzialni powinni czuć się wszyscy obywatele dzisiejszej Polski, czy też wyłącznie potomkowie pełnoprawnych obywateli Rzeczypospolitej szlacheckiej?

Odpowiedzialność zbiorowa wymaga zbiorowej podmiotowości, a zatem i posiadania przez daną grupę jednej, a do tego wolnej woli. Ta ostatnia jest warunkiem dokonywania oceny moralnej czynów. W tym sensie współcześni Polacy (ani Niemcy) nie ponoszą odpowiedzialności za zbrodnie popełniane przez ich przodków. Wypowiadanie się o tych faktach historycznych w pierwszej osobie liczby mnogiej jest pozbawione jakiegokolwiek sensu etycznego – jest wyłącznie zabiegiem retorycznym, obliczonym na wywołanie emocji. (Dlatego też dziwić musi wzburzenie obrońców pisarki, która wygłaszała przytaczane tezy; wzbudzone jej słowami emocje okazały się po prostu negatywne).

Byłoby fantastycznie, gdybyśmy mogli dawne grzechy grup i jednostek załatwić zbiorowymi przeprosinami. Rzecz jest jednak o wiele bardziej problematyczna. Historycznych krzywd nie da się w żaden sposób odkupić, nie da się za nie w żaden sposób przeprosić, kiedy sprawcy i ofiary już nie żyją.

Dlatego odpowiedzialność ponosimy dziś nie za zadane cierpienie, lecz za pamięć o nim. Nie jako Polacy czy Niemcy, ale jako ludzie. Nieustannie przypominać musimy o potencjalności powtórzenia się historii, a to w postaci agresji wobec uchodźców, a to w formie niesprawiedliwości dominującego systemu ekonomicznego. Tę walkę – walkę o własne człowieczeństwo – toczyć musimy w każdej chwili sami. „Son of Saul” winien być traktowany jako radykalne przypomnienie tego faktu.

Dodaj komentarz