Sześćdziesiąta siódma, okrągła rocznica

David Bowie to moja późna fascynacja. Dopiero kilka lat temu zacząłem systematycznie poznawać jego muzykę, stopniowo coraz silniej ulegając jej magnetyzmowi. Ogromnym szczęściem była dla mnie możliwość zobaczenia wystawy „David Bowie is” w londyńskim Victoria & Albert Museum w czerwcu ubiegłego roku. Stanowiła ona podróż tropem kolejnych wcieleń Bowiego, dla którego jedyną stałą stanowi zmiana.

Owa powszechnie wychwalana wielość wcieleń ma również tę wartość, że nawet jeśli nie lubimy niektórych płyt (w moim przypadku – tych z drugiej połowy lat 80.), to w innych okresach twórczości na pewno znajdziemy coś dla siebie. Jako osoba posępna, zawsze gotowa spędzać czas na penetracji coraz głębszych pokładów własnego przygnębienia, słucham najchętniej płyt z tzw. okresu berlińskiego – Low, „Heroes” oraz Lodger.

Dzięki „Zagubionej autostradzie” Davida Lyncha lubię jednak także elektroniczne brzmienie, które Bowie wypracował w latach 90. Przeżycia, jakim jest nocna jazda amerykańskim highwayem w rytmie „I’m Deranged”, nie da się porównać z żadnym innym.