W asfaltowej dżungli

Nie było łatwo wracać z odludnego, rozległego i pięknego interioru na wybrzeże. Już prawie sto mil przed Los Angeles zaczynają się ciągnące nieprzerwanie suburbia, składające się wprawdzie z odrębnych administracyjnie, lecz nieodróżnialnych od siebie miast.

Jechaliśmy od wschodu autostradą międzystanową I-10. Przejechalśmy więc m.in. przez aglomerację Inland Empire, której nazwa posłużyła Davidowi Lynchowi za tytuł jego ostatniego, jak na razie, filmu fabularnego.

Podmiejska Ameryka widziana z okien mknącego autostradą samochodu sprowadza się do umiejscowionych co kilkanaście mil zagłębi jedzeniowo-motelowo-paliwowych. W różnych konfiguracjach napotyka się bary McDonald’s, Wendy’s, Burger King czy Del Taco, hotele Best Western, Super 8, Days Inn i stacje benzynowe Shella, Chevronu czy 76.

Autostradą jedzie się sprawnie, choć w samym Los Angeles trzeba bardzo uważać, bo zjazdy umiejscowione są średnio co pół mili, a pasy zmieniają się nieustannie: wydaje ci się, że jedziesz skrajnym prawym, by za kilkanaście sekund znaleźć się pośrodku pięciopasmowego odcinka.

Około 16.00 minęliśmy śródmieście, a kilkanaście minut później dojechaliśmy do Culver City i, nazywającego się adekwatnie, Culver Hotel. Pozostawilśmy bagaże w pokoju i szybko wróciliśmy do samochodu – chcieliśmy znaleźć się na brzegu oceanu jeszcze przed zachodem słońca. Udało nam się, choć nie bez problemów, bo na pierwszym parkingu przy Venice Beach nie działał automat wydający bilety parkingowe, a obsługujący go pracownik był zupełnie zagubiony i nie potrafił nam pomóc. W końcu jednak, dosłownie na kilka minut przed zniknięciem słońca za horyzontem, znaleźliśmy się na plaży.

Rozpoczęliśmy w ten sposób ostatni już etap naszej zaoceanicznej wyprawy. Przez najbliższe pięć dni będziemy starali się uświadczyć choć wybranych atrakcji, które oferuje Los Angeles. A wszystkim przed ekranami komputerów polecam trzy filmy, które zakłócają wyidealizowany obraz tego miasta jako siedziby „fabryki snów”.

Pierwszy film, zatytułowany „Los Angeles gra samo siebie”, to esej reżysera i wykładowcy akademickiego Thomasa Andersena. Niesamowita, osobista, prawie że intymna opowieść o mieście, wykorzystująca fragmenty mniej lub bardziej znanych filmów kręconych w przestrzeni Los Angeles.

 

Drugi film, „Crips and Bloods. Made in America”, opowiada z kolei o sytuacji czarnej ludności Los Angeles i genezie gangów Crips i Bloods.

 

Trzeci film, „California Dreaming”, burzy przekonanie, że słoneczna Kalifornia to kraina szczęśliwości. Pokazuje, jak wygląda Los Angeles z perspektywy przeciętnych ludzi, których dotknął kryzys gospodarczy.

Dodaj komentarz