W krainie kuriozów

London Bridge

W książce „Ameryka nie istnieje” polski dziennikarz Wojciech Orliński przypomina kabotyńską tezę francuskiego filozofa Jeana Baurdillarda o tym, że znajdujący się w Los Angeles Disneyland swą jawną nierzeczywistością odwracać ma uwagę od prawdziwej nierzeczywistości pobliskiego Hollywood. Podobnie powiedzieć można o naszych dzisiejszych atrakcjach: ich kuriozalność sprawia, że Hollywood wydaje się mieścić w całkiem zdrowej normie.

Lake Havasu

Lake Havasu

Dzień zaczęliśmy w Lake Havasu City, mieście położonym – jak sama nazwa wskazuje – nad jeziorem Havasu. Choć jezioro to rozlewa się malowniczo u podnóży gór, jest zbiornikiem sztucznym, powstałym w wyniku budowy na rzece Colorado tamy Parkera, oddanej do użytku w 1938 roku. W latach 60. okolica wydała się atrakcyjna producentowi pił łańcuchowych, Robertowi McCullochowi – stwierdził, że założy tu miasto (ot, taka fanaberia milionera). Nie zdziwi chyba informacja, że za planowanie przestrzenne odpowiadał C. V. Wood – budowniczy parków rozrywki z Disneylandem na czele.

Lake Havasu City, dziś miasto nastawione na turystów poszukujących wypoczynku w dobrej klasy hotelach, swoją główną atrakcję zyskało w 1971 roku. Wtedy zrekonstruowano zakupiony przez McCullocha za sumę 2,5 mln dolarów London Bridge. Most, który w latach 1831-1967 łączył brzegi Tamizy, został rozmontowany, a jego elementy odpowiednio oznaczono, tak by możliwe było jego przewiezienie do Arizony i precyzyjne odtworzenie.

Widoczne oznaczenia elementów mostu

Do dziś na poszczególnych kamieniach widoczne są zapisane kredą alfanumeryczne oznaczenia. Co być może jeszcze ciekawsze, most został złożony na suchym lądzie – dopiero po ukończeniu tej operacji wykopano pod nim kanał, którym dziś płynie woda.

Nierzeczywistość w Lake Havasu City jest zatem piętrowa: sztuczne jezioro z prawdziwym, choć wyjętym z kontekstu londyńskim mostem, umożliwiającym przeprawę przez rzekę, która powstała dopiero po postawieniu mostu. Było to dla nas tak nieznośnie, że czym prędzej opuściliśmy to miejsce, kierując się, zgodnie z biegiem rzeki Colorado, na południowy zachód. Zatrzymaliśmy się na moment przy winowajczyni wcześniejszych wrażeń, czyli tamie Parkera, która jest oczywiście o wiele mniejsza od tamy Hoovera.

Tama Parkera

Tama Parkera

Dalej jechaliśmy na zachód, przekraczając w południe granicę Kalifornii.

California

W sklepie na skrzyżowaniu dróg nr 62 i 95 zakupiliśmy kanapki i herbatę, a także kubek, opatrzony nazwą tego skrzyżowania – Vidal Junction. Nie zmyślam: sklepik, znajdujący się przy krzyżujących się na środku pustyni szosach, oferuje poświęcone skrzyżowaniu gadżety.

Vidal Junction

A przecież tam naprawdę nic nie ma, poza sklepikiem, stacją benzynową i punktem kontrolnym kalifornijskiej Inspekcji Rolniczej. A zatem kolejne kuriozum: nie-miejsce uprawiające autocelebrację.

Vidal Junction

Vidal Junction

Jasnym stało się dla nas, że w miarę zbliżania się do Hollywood, grawitacyjnego centrum krainy absurdu, poziom abstrakcji będzie rósł. Dlatego nie zdziwiliśmy się wcale, kiedy przy drodze międzystanowej nr 10 trafiliśmy na muzeum poświęcone generałowi George’owi Pattonowi. Jeśli nie można napisać, że muzeum stoi w szczerym polu, to tylko dlatego, że dookoła jest nie pole, tylko pustynia.

Chiriaco Summit

Rodzinna restauracja w Chiriaco Summit

Miejsce nazywa się Chiriaco Summit, od nazwiska właścicieli stacji benzynowej i punktu gastronomicznego, które powstały w latach 30. poprzedniego stulecia. Dziś działa tu nadal restauracja będąca własnością rodziny Chiriaco, a także poczta i stacja Chevronu.

General Patton

Oraz wspomniane muzeum. Jego kuriozalność nieco zmalała, kiedy poznaliśmy historię okolicy. Otóż w czasie II wojny światowej mieścił się tu rozległy poligon Desert Traning Center, którym zarządzał w 1942 roku właśnie gen. Patton. Muzeum jest zaskakująco bogate w eksponaty, w tym w kilkadziesiąt czołgów i innych wojskowych pojazdów.

General Patton Museum

Przed muzeum znajduje się aż kilka ścian pamięci, w tym – poświęcona bohaterom walki o wolność po 11 września 2001 roku.

Defenders of Freedom

Zjedliśmy smaczne chilli i burgery w restauracji rodziny Chiriaco, zwiedziliśmy muzeum i wyruszyliśmy w dalszą podróż. Ostatnie kuriozum tego dnia było zarazem naszym puntem docelowym.

Salton City

Mowa o Salton City, pustynnym, choć znajdującym się nad wodą – jeziorem Salton Sea – mieście. Pustynnym i, trzeba dodać, opustoszałym. Jest to bowiem miejsce, którego charakter najlepiej oddaje przymiotnik „postapokaliptyczne”. Trudno w zasadzie Salton City nazwać miastem. Jest to bowiem rozległy obszar, na którym sporadycznie, oddalone od siebie o kilometr, a przynajmniej dobre kilkaset metrów, poustawiane są wątpliwej urody bungalowy. Wjechaliśmy w tę okolicę nie mając pewności, czy znajdziemy jakikolwiek nocleg. Dopiero prawie nad samym brzegiem Salton Sea odnaleźliśmy „Ray and Carol’s Motel by The Sea”.

Gospodarz (Ray, jak mniemam), w poplamionych dżinsach i takiejże kraciastej koszuli, wypisał rachunek, wziął od nas 60 dolarów i zaprowadził do pokoju na piętrze. „Poczuliście wcześniej trzęsienie ziemi?”, zagadnął, otwierając drzwi. „Miało 3,6 stopnia”, dodał z uśmiechem. Cóż, jezioro Salton Sea leży dokładnie na uskoku San Andreas. Kiedy – zgodnie z proroctwem Billa Hicksa – Kalifornię nawiedzi naprawdę potężne trzęsienie, Salton City znajdzie się pod wodą nowo powstałej Zatoki Ariozona.

Salton Sea

Nie będzie to trudne, bo lustro wody Salton Sea znajduje się kilkadziesiąt metrów poniżej poziomu morza (jest to drugie, po Dolinie Śmierci, najniżej położone miejsce w USA). Powstanie tego zbiornika jest bardziej dramatyczne, niż utworzenie Lake Havasu. Teren dziś zalany przez wodę, aż do początku XX wieku był obszarem suchym i depresyjnym (w sensie geograficznym – psychologicznie depresyjny jest dodatkowo teraz). W 1905 roku kilkadziesiąt mil na południe, w niższym biegu rzeki Colorado, wybudowano zaporę, która pomóc miała w nawodnieniu pól uprawnych. Budowa przedsięwzięta została nieumiejętnie, skutkując zalaniem ogromnego obszaru, którym jest dziś Salton Sea. A mierzy ono 34 mile długości i 10 mil szerokości.

Zmierzch nad Salton City

Zmierzch nad Salton City

Woda jeziora jest słona – i to aż o 1/4 bardziej od wód Oceanu Spokojnego. Zasolenie rośnie w tempie 1% rocznie, co spowoduje w końcu, że w zbiorniku nie będą mogły żyć ryby. Jakby tego było mało, do jeziora trafiają nieczystości z okolicznych pól uprawnych. Jest w tym wszystkim coś niepokojącego, ale właśnie poszukiwanie takiego, trochę mrocznego nastroju, zdecydowało o umieszczeniu tego miejsca na naszej trasie.

Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, jutro opuścimy Salton City i zamkniemy liczącą ponad 2 tys. mil pętlę w Los Angeles. I wtedy okaże się, czy dotychczasowa podróż uodporniła nas na kuriozalność Hollywood.

Dodaj komentarz