Waste / Reasons to Be Happy, czyli o mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet

Dwie sztuki z dwóch różnych epok – ten sam mizoginizm. Czasem tak głęboki, że aż zapiera dech. W pozbawionym tym sposobem tlenu mózgu rodzi się myśl, iż być może to wszystko zamierzone – że jawny konserwatyzm wali po oczach po to, by dokonać samoobnażenia, by zadenuncjować własne bankructwo.

Mężczyzna zmarnowany

waste

„Waste” to bardzo adekwatny tytuł dla sztuki w mizoginicznym konserwatyzmie zapiekłej, sugeruje bowiem zmarnowaną szansę na rozmontowanie zaprzeszłych wyobrażeń. Rzecz dzieje się w latach 20. XX wieku. Główny bohater, Henry Trebell, to około czterdziestoletni (a zatem młody), ambitny polityk, którego idée fixe to dokonanie rozdziału Kościoła Angielskiego od państwa.

Niestety, na drodze do tego celu staje mężatka Amy O’Connell, z którą bohater wdaje się w romans, zwieńczony ciążą. Odrzucona przez Trebella, zdesperowana kobieta umiera w czasie pokątnie przeprowadzonej aborcji.

Drugi akt to wielka emocjonalna drama głównego bohatera wobec zaistniałej sytuacji. Nie jest przy tym jasne, czy jej powodem – a także pretekstem tytułu sztuki – jest tragiczna, zbędna śmierć kochanki, czy raczej żal za zmarnowaną, świetnie zapowiadającą się, lecz przerwaną obyczajowym skandalem karierą polityczną.

„Waste” powstało – w pierwszej z dwóch wersji – na początku XX wieku, i w kontekście epoki zrozumieć można (co nie znaczy zaakceptować) antykobiecą wymowę tej sztuki. Dziś jest to oczywiste i decyzja, aby dramat Harvey Granville’a Bakera z tak rozłożonymi akcentami przedstawić wyrobionej, londyńskiej widowni, była być może całkowicie świadoma. Prawodopodobne jest, że, poprzez wywołanie dysonansu poznawczego, miała na celu ukazanie niewątpliwego – lecz wciąż niedostatecznego – postępu, który dokonał się w ciągu ostatnich stu lat, jeśli chodzi o pozycję i rolę kobiety w społeczeństwie.

Mężczyzna bezjajeczny

reasons-to-be-happy

Podobnego uzasadnienia nie da się przedstawić w przypadku drugiej z recenzowanych tu sztuk – „Reasons to Be Happy” Neila LaBute’a, wystawionej w Hampstead Theatre. Napisany w 2013 roku komediodramat opowiada o czworgu mieszkających na amerykańskiej prowincji przyjaciół/znajomych/kochanków (znanych z innej sztuki LaBute’a – „reasons to be pretty”), pomiędzy którymi rozgrywa się niezbyt skomplikowana intryga.

Główny bohater, Greg, to zanurzony w świecie książek intelektualista, pracujący dorywczo jako nauczyciel. Kiedyś był w związku z fryzjerką Steph, obecnie jest z jej najlepszą przyjaciółką, pracowniczką ochrony Carly. Ta ostatnia jest byłą żoną Kenta (z którym ma trzyletnią córkę), nieskomplikowanego robotnika fabrycznego i dawnego przyjaciela Grega.

Nietrudno domyślić się wynikłej z tego układu intrygi. Przypadkowe spotkanie Grega ze Steph powoduje, że ta ostatnia odczuwa pragnienie powrotu do status quo ante. Greg być może także tego właśnie by chciał, ale się boi. Podobnie jak w przypadku „Waste”, także i tu kluczowa okazuje się ciąża, w którą zachodzi Carly.

Na pozór Greg staje przed wyborem: czy iść za głosem serca, czy raczej drogą powinności? Alternatywa ta nie jest jednak tak prosta, ponieważ Greg zdaje się żywić (bliżej niesprecyzowane) uczucia do obu kobiet. Przypadkowa ciąża odgrywa do pewnego momentu ważną rolę, ale, szczęśliwie dla Grega, Carly podejmuje unilateralną decyzję o jej wstrzymaniu. (Rzecz dzieje się w XXI wieku w Ameryce, zatem zabieg przebiega bez komplikacji i może przede wszystkim pod tym względem – medyczno-sanitarnym – zaszedł w ostatnim stuleciu jakiś postęp. Suwerenność decyzji podjętej przez Carly jest jedynym, być może, momentem, kiedy bohaterka zachowuje się w sposób podmiotowy). Tym samym może on swobodnie wybrać, z którą z kobiet chce być, bez potrzeby rozważania skomplikowanych zagadnień etycznych. Neat!

Nie poznajemy niestety przyczyn, dla których Steph i Carly tak bardzo pragną być ze zblazowanym Gregiem – a zdaje się to być ich wyłącznym marzeniem. „Reasons to Be Happy” nie zaliczyłyby zresztą pozytywnie nawet popkulturowego testu Bechdel, polegającego na sprawdzeniu, czy dwie kobiece bohaterki sztuki teatralnej czy filmu rozmawiają ze sobą o czymś innym niż o mężczyznach.

Tutaj mężczyzna i jego potrzeby są kwestią centralną. Grega przygniata tyrania wyboru, zaczyna zatem hamletyzować. Problem w tym, że LaBute nie jest Shakespearem, a jego bohaterowie mówią wprawdzie po angielsku, ale z amerykańskim akcentem. Ostateczna decyzja Grega – której tu już nie zdradzę – jest zatem podobnej jakości.

O ile, wykazując się dużą dozą dobrej woli bądź przewrotności, uznać można, że tępy konserwatyzm „Wasted” może dziś pełnić funkcję narzędzia subwersji, o tyle „Reasons to Be Happy” zdają się być czczym lamentem nad upadkiem dawnego modelu męskości. Ale skoro rzeczywiście model ów został – powtórzmy: ciągle niedostatecznie – zdekonstruowany, także i napisana przez współczesnego mężczyznę sztuka pozbawiona musi być znamion klasycznie pojmowanej męskości. A bez eufemizmów: po prostu nie ma jaj.

Waste (2015), National Theatre, reż. Roger Michell.

Reasons to Be Happy (2016), Hampstead Theatre, reż. Michael Attenborough.

Fot. National Theatre, Hampstead Theatre.

Dodaj komentarz