„Whose Line Is It Anyway?” i teleologiczna teoria satysfakcji

Kiedy Bret Easton Ellis pisał „American Psycho”, genialną satyrę na subkulturę yuppies z drugiej połowy lat 80., nie przypuszczał pewnie, że dwie dekady później Patricka Batemana przypominać będzie większość mieszkańców Zachodu. Hasło przewodnie współczesnej kultury – „teraz, k…, ja” – wiedzie do złożonego paradoksu. Choć z pozoru na pierwszym miejscu stawia jednostkę i zaspokojenie jej pragnień, w rzeczywistości wiedzie do głębokiego nieszczęścia. Człowieka nowoczesnego, jak pisał Nietzsche, „wszędzie przygważdża nieskończoność jak szybkonogiego Achillesa w przypowieści eleaty Zenona: nieskończoność hamuje go, nie prześcignie on nawet żółwia”.

Starożytni Grecy pojmowali sprawiedliwość w sposób, który we współczesnym, zindywidualizowanym społeczeństwie trudny jest do zaakceptowania. Platon pisał w „Państwie”, że bycie sprawiedliwym polega na tym, by „robić swoje”. Arystoteles rozwinął z kolei teleologiczne pojmowanie sprawiedliwości – najlepsze flety powinni otrzymać najzdolniejsi fleciści, albowiem telos fletu polega na tym, by grano na nim dobrze. Szczęście człowiekowi przynosi nie autonomiczne stawianie i osiąganie dowolnych celów, lecz właściwe odczytanie i realizacja swojego przeznaczenia.

Oczywiście bardzo łatwo wskazać – i wielokrotnie to czyniono –  że takie pojmowanie sprawiedliwości staje się narzędziem panowania. Jako opowiadane przez rządzących „szlachetne kłamstwo” (u Platona mowa jest o „fenickiej bajce”), zapewnić ma posłuszeństwo ludzi, których przeznaczeniem jest być rzemieślnikami czy rolnikami, tak aby czasem nie przyszło im do głowy sięganie po więcej. Czy jednak współczesne wydanie „szlachetnego kłamstwa” – że każdy jest kowalem swojego losu – nie jest bajką po wielokroć bardziej fałszywą? Czy, na domiar złego, nie rodzi ona jeszcze większych frustracji, wywołanych brakiem możliwości ukucia własnego losu według przyjętych założeń?

Umknijmy jednak na chwilę od polityczności tych rozważań. Zamiast tego spróbujmy teleologiczne pojmowanie sprawiedliwości uczynić teorią wyjaśniania satysfakcji. Podobnie jak w przypadku zasady możliwej perfekcji, o której pisałem ostatnio, także i ta teoria związana jest z kartezjańskim pojmowaniem prawdy jako tego, co jawi się jako oczywiste. Owa oczywistość może przybrać postać doświadczenia satysfakcji – poczucia, że to, co widzimy, jest doskonałe i że ta doskonałość niesie z sobą radość spełnienia.

Sprawdźmy teleologiczną teorię satysfakcji w działaniu. Wybierzmy obiekt, który dostarcza nam satysfakcji: tu będzie to amerykańska wersja brytyjskiego programu „Whose Line Is It Anyway?”, a w szczególności efekt osiągany przez interakcję dwóch występujących w programie uczestników – Colina Mochrie oraz Ryana Stilesa. Oczywiste jest, że mamy w ich przypadku do czynienia z realizacja zasady możliwej perfekcji. Pytanie, na które odpowiedzieć może nam teleologiczna teoria satysfakcji, brzmi jednak: w jaki sposób staje się rodząca satysfakcję perfekcja? Otóż staje się ona poprzez realizację telosu, przez to, że Colin i Ryan „robią swoje”.

Odruch zboczonego przez nowoczesność człowieka przejawia się w pełnym politowania stwierdzeniu: „no tak, ale przecież oni poza tym programem niczego ciekawego już nie dokonali”. Czy ma to jednak jakiekolwiek znaczenie dla odczuwanej przez nas satysfakcji? Co najwyżej może ją zniszczyć, siejąc w głowie ziarno zwątpienia: może Colin i Ryan nie są wcale tacy zabawni, skoro nie zrobili większej kariery w Hollywood? Trzeba bronić się przed tego rodzaju zblazowaniem. Przezwyciężenie nowoczesnej perspektywy i zaadaptowanie na potrzeby ponowoczesności perspektywy teleologicznej pozwala uchronić satysfakcję.

Dodaj komentarz