Wielka fikcja małego realizmu

Ocenianie sztuki jako ładnej lub brzydkiej to jedna z największych naiwności, jakie można popełnić. Przywiązanie do takiej skali ocen to także przyczyna niezrozumienia tzw. sztuki nowoczesnej. Ambicją tej ostatniej już dawno nie jest przecież piękno rozumiane jako przyjemność dla oka i ukojenie dla duszy.

Nie trzeba być teoretykiem, by wskazać wiele innych funkcji sztuki, niż wzbudzanie dobrostanu psychicznego odbiorców. Na przykład: edukacyjną, reprodukcji wzorców kulturowych, ekonomiczną, transgresyjną i tak dalej. Każda z tych płaszczyzn posiada własny zestaw kryteriów oceny wartości sztuki, często niewspółmierny względem pozostałych.

Są to wszystko uwagi natury elementarnej. Nawet półświadomy odbiorca sztuki musi to doskonale rozumieć. Bywa jednak, że podobnej świadomości nie ma twórca.

Szczególne niebezpieczeństwo dostrzec można tam, gdzie usiłuje się powiązać z sobą dwa zestawy kryteriów: ładne/brzydkie oraz fikcyjne/prawdziwe. Jest to prosta inwersja założenia głęboko zakorzenionego w kulturze Zachodu: jedni prawdy, dobra i piękna. Dziś przyjmuje się zamiast tego, że to, co brzydkie jest prawdziwe, bo prawdziwe życie rzadko bywa ładne. A skoro tak, to i sztuka, której ambicją jest ukazanie prawdy o życiu, również musi być brzydka. Jeszcze lepiej – powinna opierać się na inwersji trzeciego elementu klasycznej triady – deprecjonować dobro i rewaloryzować zło.

Dziś jednak ta inwersja stała się tak powszechnym chwytem, że i ją uznać należy za banał. Wydawać by się mogło, że kolejne dzieła epatujące złem i brzydotą przyjmować powinniśmy wzruszeniem ramion. Problem w tym, że wciąż na nie jest popyt. Wciąż jeszcze wielu daje się nabrać na rzekomą awangardowość sztuki realistycznej. Wiele mówi o wrażliwości takiego odbiorcy fakt, iż zdolny jest on poczuć coś tylko wtedy, gdy rąbnie się go gastryczno-fekalno-genitalnym młotkiem. Metafora, niedopowiedzenie czy aluzja są zbyt delikatnymi narzędziami, by przebić zrogowaciały naskórek przywykłej do turpistycznych podniet psyche.

Powyższych stwierdzeń nie należy odczytywać jako konserwatywnego wezwania do powrotu do estetycznego status quo ante. Dziś stworzenie dzieła opierającego się na klasycznym kanonie estetycznym odebrane będzie jako kicz bądź, w najlepszym razie, jako sarkazm wobec zaprzeszłej tradycji. Taka rewizyta jest zbędna także dlatego, że magazyny galerii i muzeów pękają w szwach od proporcjonalnie zbudowanych Dawidów z małym ptaszkiem. (Proponuję – umieśćmy je w ogrodach!)

Rzecz raczej we wskazaniu, że to właśnie nowy mały realizm jest dziś estetycznie konserwatywny, a przez to fałszywy. Wszystko bowiem, co utrwala nas w istniejących schematach, ocenić należy jako niebezpiecznie usypiające. Tymczasem przewartościowanie wszystkich wartości – także wartości estetycznych – do którego wzywał Nietzsche, to nie jednorazowy akt zerwania nici tradycji. To proces, który należy ponawiać zawsze wtedy, gdy zagrożona jest autentyczność. Testem tej autentyczności w sztuce nie jest zwierciadlana korespondencja dzieła i życia. Jest nią otwieranie nowych perspektyw percepcji, wymykanie się kryteriom, kwestionowanie i niezgoda na zastane wzorce.

Dlatego, już nawet nie konserwatywnym, a reakcyjnym i noszącym znamię zdrady schematem jest dziś myślenie, że szok musi być szokujący, a radykalizm radykalny. Podobnie: najbardziej prawdziwy ma być najbardziej realistyczny realizm. Problem w tym, że najbliższe prawdy o świecie wcale nie jest to, co rozwrzeszczane, rozwydrzone i rozjebane. Największe sekrety zdradza się szeptem, na ucho.

Dodaj komentarz