Wreszcie w Tinsletown

Jesteśmy w Hollywood. Za chwilę pojedziemy do Griffith Observatory, by obejrzeć wschód słońca nad Los Angeles. Piszę szybko, bo czasu mało, a z drugiej strony wiem, że za chwilę nowe wrażenia wyprą z głowy te dotychczasowe.

Podróż z Monachium przebiegła już bez większych przygód. Wsiedliśmy na pokład Airbusa linii Lufthansa i z niewielkim opóźnieniem wystartowaliśmy ok.  16.00. W wyniku zawirowań po odwołanym locie, siedzieliśmy na dość specyficznych miejscach – przy wyjściach ewakuacyjnych. Miało to swoje dobre strony – byliśmy pierwsi w kolejce do wszystkich posiłków, mieliśmy też zdecydowanie więcej miejsca na nogi.

Lot był spokojny. Raz tylko, nad Grenlandią, wpadliśmy w lekkie turbulencje. Wylądowaliśmy o 19.00 w Los Angeles. Przeszliśmy bez problemu przez kontrolę imigracyjną, poczekaliśmy trochę na bagaże i wyszliśmy przed terminal w poszukiwaniu miejsca, z którego specjalny autobus zabrać nas miał do wypożyczalni samochodów.

Tak też się stało. 20 minut później podpisywaliśmy już odpowiednie dokumenty. „Proszę wyjść na parking i wybrać sobie samochód spośród tych, które ustawione są w czwartym rzędzie”. W czwartym rzędzie stało jakieś 20 mid-size SUV-ów. Poczuliśmy się, jakby było Boże Narodzenie i możemy wybrać sobie świąteczny prezent. I może, jako samochodowi laicy, popełniliśmy błąd, nie wybierając Forda Escape albo innych, nowoczesnych samochodów produkcji japońskiej, prawie od razu zdecydowaliśmy się jednak na Jeepa 4×4. Skoro jesteśmy w Ameryce, niech będzie klasycznie po amerykańsku! (W zeszłym roku wybraliśmy Nissana, ale wtedy jechaliśmy większą grupą – Jeep jest mniejszy, ale na 2 osoby z zupełnością wystarczy).

Wsiedliśmy i ruszyliśmy na północ. Bez większych problemów dojechaliśmy do Beverly Hills i dalej, do Sunset Blvd. Mijając dziesiątki Burger Kingów, McDonaldów i Starbucksów odzyskiwaliśmy spokój ducha: tak, naprawdę tu jesteśmy!

Skręciliśmy w Sunset Blvd., potem w lewo i w prawo – do Franklin Avenue, przy której mieści się nasz hotel. Zameldowaliśmy się i szybko wyszliśmy, by choć trochę powdychać ekskluzywne powietrze Hollywoodu. Po kilkunastominutowym spacerze dotarliśmy do Hollywood Blvd. ze słynnymi gwiazdami na chodniku. Nie chcemy wyjść na malkontentów, ale we were not impressed. Udało nam się dojść wprawdzie tylko do Chinese Theatre, jednak ten krótki odcinek nie sprawiał wrażenia szczególnie ekskluzywnego. Turystów raczej nie widać, sklepy pozamykane, otwarte knajpki obstawione klientelą lokalną, która nie budziła naszego największego zaufania. Kilka razy mijały nas radiowozy na sygnale. Może Kazik miał przed laty rację, że „Ameryka też się sypie”?

A może to po prostu zmęczenie? To ono zdecydowało, że po zjedzeniu ćwierćfunciaka z serem powróciliśmy do hotelu.

C.d.n.

Dodaj komentarz