Żeby zobaczyć gwiazdy, w Hollywood…

Gwiazda Orsona Wellesa na chodniku Hollywood Blvd

…jak wszędzie na świecie, trzeba wybrać się do kina. Lub obserwatorium astronomicznego.


[Uwaga! Piszę poniżej o kilku będących jeszcze na ekranach kin filmach. Nie zdradzam za wiele, ale jeśli ktoś, podobnie jak ja, woli iść do kina bez jakiejkolwiek wiedzy o treści danego filmu, powinien zachować szczególną ostrożność.]

Najważniejsza noc w tym mieście zaczyna się po południu. Do Dolby Theatre przy Hollywood Blvd zjeżdża limuzynami lepsza część ludzkości. Albo, jak wolą myśleć protestujący, licznie zgromadzeni wzdłuż ulic prowadzących do alei gwiazd – cioty (fags) i bezbożnicy.

Zwykły śmiertelnik ma pewne szanse obejrzeć celebrytów wchodzących na galę czerwonym chodnikiem. Musi jednak odpowiednio wcześnie zgłosić chęć uczestnictwa w losowaniu. Właśnie w ten sposób wypełnionych zostaje kilkaset miejsc na trybunie przed dawnym Kodak Theatre.

Ci, którzy nie mieli szczęścia w losowaniu, albo którzy zwyczajnie don’t give a f…, nie dotrą tego wieczoru na skrzyżowanie Hollywood i Highland. Centrum współczesnego Babilonu, jak przystało na siedzibę zorganizowanych kryminalistów, otoczone zostało policyjnym kordonem. Policjanci na chodnikach, na dachach, na motocyklach, w samochodach i w śmigłowcach chronią zarabiających absurdalnie wielkie pieniądze bandytów.

Słusznie, że ich chronią. Oderwanie szołbiznesu od rzeczywistości nosi znamiona zbrodni przeciw ludzkiemu rozsądkowi. Nagrodzone wczoraj Oscarem za najlepszy film „Argo” Bena Afflecka, które my obejrzeliśmy w kinie Pacific, znajdującym się tuż obok naszego hotelu, jest przesyconym nieznośnym amerykańskim patriotyzmem i stereotypami kulturowymi i etnicznymi kłamstwem. Choć podaje się za historię opartą na faktach. No tak, faktem jest, że były sobie USA, Iran i amerykańscy zakładnicy, zwłaszcza ta problematyczna szóstka dyplomatów, których postanowiono uratować. Dla Amerykanów bowiem każde jedno życie jest cenne, pod warunkiem, że przyszło na świat, zgodnie z ius soli, na właściwym, czyli amerykańskim terytorium. Przedstawiciel każdego innego narodu może być pewien, że choć Amerykanie nie potrafią zbudować porządnego samochodu, to z powodzeniem mogą zbombardować dowolny kraj. Lub wysłać drone’a, który zlikwiduje realne lub tylko wydumane przez schmittiańskiego suwerena Obamę zagrożenie dla pokoju i demokracji.

Rano, pisząc poprzednią notkę, słuchałem toczącej się w programie „Face The Nation” w stacji CBS dyskusji o tym, jak zaradzić problemowi przemocy w grach komputerowych. Dzieci, które nie odróżniają świata rzeczywistego i wirtualnego skłonne mają być do przenoszenia zachowań z brutalnych gier wideo do prawdziwego życia. A zatem nie będzie problemu z rekrutacją operatorów bezzałogowych samolotów Predator! I znów amerykańska way of life uratowana…

Fight fire with fire, śpiewał kiedyś James Hetfield. Podobną ideologię wyznaje Quentin Tarantino, którego film „Django Unchained”, z nagrodzonym Oscarem Christophem Waltzem także wczoraj zobaczyliśmy w Pacifiku. W „Inglourious Basterds” żydowska zemsta za Zagładę na nazistach miała być równie brutalna, co sama Zagłada. To nie mogło się udać, bo przemiana więźniów obozów śmierci w ostateczną substancję biopolityczną jest procesem w swej brutalności niedoścignionym, i nie mogło tego odkupić wysadzenie w powietrze jakiegokolwiek gremium hitlerowskich dostojników.

W „Django Unchained” Tarantino po raz kolejny podjął się jednak próby oddania sprawiedliwości skazanej na cierpienie grupie ludzi. I także w tym przypadku nie mogło mu się to udać – trudno wyobrazić sobie, jak można w ciągu niespełna trzech godzin filmu odkupić cierpienia kilkunastu pokoleń czarnych niewolników, trwające w niektórych miejscach – przynajmniej w obliczu amerykańskiego prawa – do roku 2013. Przesadzam, ale tylko trochę – otóż po premierze „Lincolna” (którego, mimo dłużyzn, udało mi się obejrzeć podczas lotu do Los Angeles), filmu Stevena Spielberga ukazującego batalię o przyjęcie znoszącej niewolnictwo 13 poprawki do konstytucji USA, okazało się, że poprawka ta nie została do tej pory, od 1865 roku ratyfikowana przez stan Mississippi. Nie oznaczało to, rzecz jasna, że nie ma ona tam mocy prawnej – aby poprawka została przyjęta, wystarczy jej ratyfikacja przez ¾ wszystkich stanów. A jednak trwająca od 150 lat sytuacja braku akceptacji 13 poprawki przez stan tradycyjnie kojarzony z niewolnictwem, była delikatnie mówiąc, niezbyt politycznie poprawna.

Wróćmy jednak do Quentina Tarantino. Otóż reżyser ten, o czym przekonały widzów już jego pierwsze filmy, nie ma problemu z przemocą. W „Django Unchained” zrezygnował nawet na jej rzecz ze swojego drugiego wielkiego fetyszu, czyli kobiecych stóp. Trudno powiedzieć, co jest mniej (bardziej) estetyczne w jego filmach – fascynacja kobiecymi stopami wydaje się jednak być mniej groźnym dziwactwem od fascynacji rozszarpywaniem ludzi przez psy. Oczywiście przemoc u Tarantino jest jak zawsze komiksowo przerysowania, autoironicznie też, w ostatnich scenach filmu, jej ofiarą pada występujący epizodycznie na ekranie reżyser (zaręczam, że to drobny spoiler).

Paramount

Przed filmową przemocą uratować może wizyta w studiu filmowym. Tam okazuje się, jak bardzo kino jest dęte. Katastroficzne sceny zatłoczonych nowojorskich ulic kręcone są wśród ciągnących się na odcinku zaledwie kilkuset metrów plastikowych fasad, a dramatyczne walki na morzu – w ogromnym basenie, który – po wypuszczeniu wody – służy w studiu filmowym Paramount za parking.

Wczorajsza, kameralna wizyta w legendarnej wytwórni przypadła nam do gustu bardziej od efekciarskiej przejażdżki po Universal Studios. Trwająca dwie godziny wycieczka z przewodniczką, w niewielkiej, siedmioosobowej grupie, odbywała się także na piechotę. Mogliśmy więc zobaczyć zdecydowanie więcej, niż z okien kolejki w studiu Universal.

Woltz

Paramount w 1972 roku zostało wyciągnięte z potężnych długów dzięki sukcesowi „Ojca chrzestnego”, który kręcony był w dużej mierze na terenie odwiedzonego przez nas studia. Dane nam było stanąć (nie mylić z: „nie po raz pierwszy staje mi” Ziutka Zycha) przy bramie, która zagrała wjazd do studia filmowego Jacka Woltza. Tak, tego faceta, który obudził się obok łba ulubionego konia (jeśli to jest dla kogoś spoiler – cóż, współczuję) – nawiasem mówiąc, ów łeb koński był prawdziwym łbem końskim, a nie rekwizytem.

Słoneczny i ciepły dzień zakończyliśmy na wzgórzach tuż pod napisem Hollywood. Nie dotarliśmy do obserwatorium Griffitha – najwyraźniej zachód słońca nad Los Angeles, szczególnie w niedzielne wieczory, jest wyjątkową atrakcją, bowiem w promieniu kilku kilometrów nie było wolnych miejsc parkingowych.

Los Angeles

Obserwując zmierzch nad metropolią, która rzeczywiście najlepiej wygląda z daleka, nie sposób było nie przypomnieć sobie, że nasz czas w Ameryce powoli dobiega końca. Pozostały nam tylko trzy dni – będziemy starali się dobrze je wykorzystać.

Dodaj komentarz