Zwodnicza łatwość wigilijnej pociechy

Choć inscenizacyjnie zmodernizowania i dobrze zagrana – w roli głównej występuje laureat Oscara, Jim Broadbent – „Opowieść wigilijna” w Noël Coward Theatre nie gubi, niestety, niebezpiecznie łatwej, Dickensowskiej pociechy.

W teatrach West Endu zupełne klęski zdarzyć się nie mogą, toteż spektakl w reżyserii Phelima McDermotta niewątpliwie broni się pod względem produkcyjnym. Zabawny, tam gdzie trzeba – na przykład w scenach, w których aktorom towarzyszą na scenie marionetki – i tam, gdzie trzeba wzruszający. Dzięki obrotowej scenie w ciągu paru chwil przemieszczamy się pomiędzy biurem Scrooge’a i jego ascetyczną sypialnią, światem Świąt minionych i przyszłych oraz ubogą izdebką Cratchitów.

Mimo wszelkich realizacyjnych inwencji, dwuaktowa sztuka pozostaje wierna duchowi pierwowzoru. Współczesny widz, świadomy ideologicznych uwikłań literatury, niezdolny jest już dziś jednak do dziecięcego, naiwnego odbioru tak konserwatywnego przekazu. Niestety, twórcy spektaklu nie potrafili lub nie chcieli uczynić ukłonu w kierunku ponowoczesnej wrażliwości, przemilczając mało sympatyczne konotacje Dickensowskiej otuchy.

Szlachetny piewca kapitalizmu

Wiktoriańska Anglia swój dobrobyt opierała nie tylko na eksploatacji kolonii rozsianych po całym świecie, lecz także na kapitalistycznym wyzysku w metropolii. Powszechny był zachwyt dla dynamicznych, przedsiębiorczych jednostek, które dzięki sprytowi, skłonności do ponoszenia ryzyka i ciężkiej pracy potrafiły osiągnąć finansowy sukces. Pamiętajmy, że jednym z najpopularniejszych filozofów tej doby był zapomniany dziś raczej piewca darwinizmu społecznego i protolibertarianin Herbert Spencer.

Powieści Charlesa Dickensa, zwracające uwagę na niedolę tych, którzy znajdowali się na dole drabiny społecznej, odebrane zostały jako wyraz wielkiej szlachetności. Dickens był tym, który dawał głos pozbawionym możliwości mówienia. Jak jednak uczy krytyka postkolonialna, roszczenie sobie prawa do mówienia w imieniu wykluczonego jest jedną jeszcze formą kolonialnego uciszania. A to, co użyczający swojego głosu powie, bardzo często obarczone jest szeregiem niezwykle głębokich i nieuświadomionych przesądzeń.

I właśnie dlatego Dickensowska opowieść, choć z pozoru krytykująca zachłanność możnych ówczesnego świata, podszyta jest krystalicznie czystą, kapitalistyczną ideologią. Jakie bowiem rozwiązanie problemu biedy proponuje nam angielski klasyk? Na pewno nie program reform, na przykład bardziej sprawiedliwy system podatkowy czy rozwój opieki społecznej. Nie – pragnie on poruszyć bogatych, aby otworzyli swoje serca i portfele, i metodą indywidualnej interwencji włączyli się w dzieło poprawy żałosnego losu biedaków.

Rozwiązanie to krytykować można z wielu względów, wskazując na przykład, że jest mało efektywne, jeśli redystrybucja bogactwa nie będzie mieć przemyślanego, całościowego charakteru. Dla mnie interesujący jest inny zarzut, którego nie dostrzegają często współcześni libertarianie, mieniący się championami wolności nie znoszącej paternalizmu. Zdają się oni nie rozumieć, że przecież paternalizmem w czystej postaci jest sytuacja, w której tylko od dobrej woli bogatego mecenasa zależy los ubogiego klienta. Znajdując się na czyjejś łasce, nigdy nie jesteśmy wolni.

Etyka coelhianizmu

Bajki takie jak „Opowieść wigilijna” niosą jednak ową fałszywą pociechę nie tylko dlatego, że są wyrazem antywolnościowej logiki kapitalistycznej. Istnieje głębszy problem, związany w ogóle z opowiadanymi sobie przez ludzi historiami. Jego zbadaniu poświęcić mogłaby się nowa subdyscyplina na pograniczu psychologii, filozofii moralności i badań literackich, którą nazwałbym etyką narracji.

Różniłaby się ona nieco od koncepcji rozwijanych dotychczas w teorii literatury pod hasłem etyki narracyjnej. Inaczej, niż ta ostatnia, etyka narracji zainteresowana byłaby bowiem nie tylko rozpoznawaniem charakteru wartości moralnych zawartych w danej opowieści, lecz także zwracaniem uwagi na wpisanie owych wartości w samą strukturę czy też gramatykę sposobu, w jaki konstruowane są fikcje literackie. A w szczególności wskazywaniem sprzeczności pomiędzy wymogami narracji a normami etycznymi.

Śmiem bowiem twierdzić, że mimo gatunkowego zróżnicowania literatury, obejmującego przecież obok historii optymistycznych, także i tragedie, w sam kształt wszelkich opowieści wpisana jest konieczność nadziei. Nawet jeśli przez większą część historii do czynienia mamy z ciągiem niesprawiedliwości, konkluzja z założenia zawierać w sobie musi element odkupienia. „Opowieść wigilijna” pozostaje w tym względzie popkulturowym archetypem, eksploatowanym później w kinie, na przykład przez Franka Caprę („To wspaniałe życie”).

Albowiem nie trzeba zagłębiać się w teorię literatury, aby pojąć fenomen dickensizmu. Wystarczy zastanowić się na moment nad popkulturową figurą narracyjno-fabularną jaką jest tak zwane „hollywoodzkie zakończenie”. Innymi słowy: „zbyt piękne, by było prawdziwe”, ewentualnie – „i żyli długo i szczęśliwie”, czy też – by sięgnąć do rodzimej klasyki – „kochajmy się”. Napięcie zostaje rozładowane, dobro triumfuje.

Z jednej strony wiemy, że wciska nam się kit, że w tzw. „prawdziwym życiu” radosna konkluzja przytrafia się niezwykle rzadko. Z drugiej strony bardzo chcemy wierzyć, że prawdziwym życiem kierują niedostrzegalne wprawdzie, lecz ostatecznie sprzyjające nam reguły. Jak pisał Wieszcz (jego popularność jest kolejnym tylko dowodem bronionej tu tezy): „kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat sprzyja potajemnie twojemu pragnieniu”.

Dlatego właśnie człowiek od zawsze tworzy narracje, ułatwiające pogodzenie się z pozbawioną sensu i wartości naturą. Religie, za cenę ziemskiego cierpienia obiecujące sprawiedliwość w zaświatach, to tylko najbardziej oczywisty przykład. I dlatego też dotknięci przekleństwem zbyt wysokiej inteligencji, wulgarni materialiści w rodzaju Richarda Dawkinsa ponosić będą klęskę za klęską – przynajmniej do czasu, kiedy potrafili będą zaoferować swoją wersję „Opowieści wigilijnej”. (You see what I did there?)

Biorąc pod uwagę ideologiczne tło, dickensowskie narracje są niezwykle szkodliwe z punktu widzenia etyki. Fałszywość recept wymuszona jest przy tym przez samą konstrukcję opowieści, wymagającą, by rozstrzygnięcie dostarczało odbiorcy psychologicznej satysfakcji.

Christmas Carol, reż. Phelim McDermott
Noël Coward Theatre, do 30 stycznia 2016 r.

Fot. Johan Persson

Dodaj komentarz